Kiedy pęknie bańka startupów?
Inwestorzy giełdowi twierdzą, że koniec hossy jest wówczas, gdy na artykuły - o świetnej sytuacji rynków kapitałowych i świetlanej przyszłości przed nimi - można się natknąć w magazynach dla gospodyń domowych czy miłośników zadbanych ogródków.
Mam nieodparcie podobne odczucie, gdy czytam w polskiej prasie codziennej materiał o Dolinie Krzemowej. Według autorów mający pomysł na startup informatyk czy biznesmen nie powinien nawet myśleć o budowaniu przedsiębiorstwa w Polsce, ale spakować się, zabrać uciułane oszczędności na rozruch i jechać do Kalifornii. Tam bez trudu w crowdfundingu albo od przyjaźnie nastawionych inwestorów zbierze pierwsze fundusze na rozpoczęcie działalności i będzie się mógł przygotować na spotkanie rekinów branży startupowej, którzy wyłożą nawet miliard dolarów na zgrabną aplikację.
Mark Cuban, miliarder który specjalizował się w budowaniu startupów, przewiduje, że pęknięcie nowej bański inwestycyjnej jest o krok. A jemu można wierzyć. W 1995 mając jeden serwer stworzył Audionet, który w 1998 roku stał się Broadcast.com z 330 zatrudnionymi i kwartalnymi zyskami na poziomie 13 milionów dolarów. W 1999 roku - tuż przed pęknięciem bańki internetowej - sprzedał udziały Yahoo za 5,7 miliarda dolarów.
Cuban twierdzi, że rynek startupów jest przegrzany. Kolejni producenci aplikacji bez trudu osiągają miliardowe wyceny swoich biznesów. Wielkie firmy technologiczne na wyścigi topią astronomiczne kwoty w ryzykownych inwestycjach, których nie rozumieją.
Z pewnością - jeśli dojdzie do pęknięcia kolejnej bańki - nie ucierpią inwestorzy giełdowi (jak miało to miejsce w 2000 roku), gdyż droga startupów na parkiet jest obecnie bardzo długa. Tym niemniej inwestowanie w spółki technologiczne jest obfitsze niż kiedykolwiek wcześniej. I nie jest do końca prawdą, że ucierpią tylko fundusze venture capital, bogacze inwestujący w nowe pomysły i pracownicy startupów, które stracą finansowanie.
Problem tkwi w dynamice rynku.
W USA jest już 225 000 aniołów biznesu, czyli inwestorów finansujących prawdziwą gotówką powodzenie startupów, w zamian za obligacje zamienne lub udziały w przedsięwzięciu. Nie są oni koniecznie bogaczami, którzy łatwo przełkną drobną stratę. Wielu z nich to zwykli ciułacze - liczący na ponadprzeciętny zysk - inwestujący po 5 000 dolarów za udziały w platformach crowdfundingowych. Ich liczba cały czas rośnie, bo co i raz serwisy informacyjne obiega - działający na wyobraźnię - news o kolejnym startupie, którego wycena sięga nieba (np. wartość Ubera to 40 miliardów dolarów, w porównaniu z General Motors - 60 miliardów).
Tymczasem rynek wartościowych, perspektywicznych startupów jest raczej płytki. Stąd każdy obiecujący pomysł gromadzi wokół siebie duże zainteresowanie i kolejne podbicie wartości. Przy niedoinformowanych inwestorach, zaślepionych obietnicą niebotycznego zysku, kwestią czasu jest spektakularna porażka. A wówczas trudno będzie uciec z gotówką z niepłynnego rynku.
Komentarze
Prześlij komentarz