Amerykanie demontują związki

Amerykański ruch związkowy ma bardzo długie tradycje.
Warto odnotować, że dzisiejszy Dzień Pracy, obchodzony 1 maja, upamiętnia kilkudniowe protesty robotnicze w Chicago z 1886 roku. Odbywały się one w celu wywalczenia 8-mio godzinnego dnia pracy. Po kilku pokojowych wiecach, napięcie między strajkującymi i policją doprowadziło do rozlewu krwi na ulicach.
Sami Amerykanie wolą świętować w pierwszy poniedziałek września, na pamiątkę nowojorskiego festiwalu pracy z 5 maja 1882, który z kolei był aktem solidarności z pokojowym marszem robotników w Toronto, chcących ograniczenia tygodnia pracy do 52 godzin.
W późniejszych latach związki zawodowe stały się potężnym graczem na rynku pracy osiągając dla pracujących przywileje, które dla wielu dziś zatrudnionych są oczywiste: 8-mio dniowy dzień pracy, płatne nadgodziny, płatne urlopy, ubezpieczenie, plan emerytalny, etc.
Ich siła rosła, wraz z błyskawicznym rozwojem przemysłu w Stanach Zjednoczonych, dochodząc do tego, że bez przynależności do związku trudno było znaleźć pracę, a związkowe składki na były potrącane z pensji automatycznie. 
Dziś, gdy fabryki ostały przeniesione za Ocean, ruch związkowy traci na znaczeniu, ale nawet teraz pojawiają się śmiałkowie, próbujący wyrwać zęby staremu niedźwiedziowi. Strategia wykorzystuje ciekawy przepis prawa pracy. Pozwala on władzom stanowym odsunąć związki zawodowe od negocjacji zobowiązań pracodawców wobec zatrudnionych związkowców. Konkretnie chodzi o przepis nakazujący zatrudnionym płacenia składek na rzecz związków, jako warunku zatrudnienia.
Zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa pracy, pracownicy, którzy nie płacą należności związkowych korzystają z tych samych płac, korzyści i zabezpieczeń jak ci, którzy płacą składki. Związek zawodowy, który dyskryminuje osoby objętej umową (a które nie płacą składki) może zostać pozwany za niedopełnienie "obowiązku sprawiedliwej reprezentacji".
Obecnie już 25 stanów uchwaliły ustawodawstwo, pozwalające zatrudnionym – którzy są objęci opieką związków – na niepłacenie składek. Inicjatorem zmian prawnych jest konserwatywna Amerykańska Rada Legislacyjna.

Korporacje nazywają nowe przepisy „prawem do pracy”, ale związkowcy wolą termin „prawo dla gapowiczów”.

Zwolennicy ruchu „prawa do pracy” mają sporo argumentów przeciwko obecnym związkom zawodowym.
Przede wszystkim wysuwany jest postulat swobody stowarzyszania się.
Zwolennicy „prawa do pracy” uznają, że obecny układ związkowy, w którym jest jedna, dominująca organizacja związkowa im nie odpowiada, gdyż reprezentowane są jedynie postulaty większościowe. Twierdzą, że ich ruch daje szanse na negocjowanie postulatów mniejszych grup pracowników.
Jednak obowiązujące prawo pracy daje szansę do negocjacji zbiorowych z pracodawcą przez zrzeszone grupy pracowników (tylko w imieniu członków grupy), nawet jeśli reprezentują one mniej niż 50% zatrudnionych.
Drugim argumentem jest sprawa składek.
Wstrzymanie przekazywania składek jako sygnał, że związek źle realizuje potrzeby zatrudnionych jest ciekawym pomysłem. Jednak może lepiej byłoby, aby unikający płacenia haraczu na rzecz związku przekazywali swoje wstrzymane datki na cele charytatywne. Dzięki temu niepłacenie składek nie stanie się zachętą finansową dla pracujących do podniesienia sobie wynagrodzenia. Zresztą zakrawa to na tani oportunizm, gdy szantażuje się związek zawodowy wstrzymaniem składek, do czasu należytego reprezentowania.
Obecne regulacje prawne, forsowane przez Amerykańską Radę Legislacyjną nie pozostawiają jednak pola do manewru. Pracownicy mają dwie opcje: mogą składać się na związki albo nie płacić wcale. Trzeciej drogi nie ma.

Przeciwnicy „prawa do pracy” – głównie przedstawiciele związków zawodowych – powołują się na bogatą tradycje i niewątpliwe osiągnięcia ruchu związkowego. Padają argumenty, że prowadzone przez lata działania nie tylko wspierały objętych ochroną pracowników, ale też oddziaływały korzystanie na warunki całego rynku pracy: zwiększając bezpieczeństwo miejsca pracy, ustalając płacę minimalną czy wprowadzając publiczne ubezpieczenie zdrowotne. Zbiorowe wysiłki wymagają zasobów, aby osiągnąć wspólne cele. Dlatego nie można odbierać należnych związkowi składek.
Dodatkowo związkowcy przekonują, że dowolność w płaceniu składek, można byłoby porównać do dobrowolności w płaceniu podatków. Argumentują, że tak jak podatki są potrzebne do tworzenia publicznej edukacji, bibliotek, parków czy systemów sanitarnych i dróg, tak samo składki związkowe są niezbędne do zapewnienia odpowiedniej ochrony pracującym.
Według przeciwników inicjatywy „prawa do pracy” nowe regulacje w oczywisty sposób utrudniają wypełnianie podstawowych celów związkowych, przez ograniczenie dostępu do środków finansowych.

Statystki pokazują, że wraz z ustanawianiem przez kolejne stany „prawa do pracy” rośnie odsetek tzw. „gapowiczów”. Nie są to duże udziały – w przedziale od 6 do 11% - ale tendencje są wyraźnie wzrostowe.
Nie tendencje napawają obawą organizacje związkowe, ale kontekst który daje podstawy do działania ruchu „prawa do pracy” lub innych podobnych inicjatyw o podłożu anty-pracowniczym.
Ruch „prawo do pracy” osłabia kolektywność związków zawodowych na poziomie politycznym. Słabe organizacje wspierające pracowników są na rękę korporacjom, które mają wystarczająco dużo pieniędzy na wspieranie Amerykańskiej Rady Legislacyjnej. Związkowcy biją na alarm, że kuszeni pieniądzmi pracownicy mogą podważyć finansowanie najbardziej zasłużonej dla zatrudnionych instytucji społecznej, która chroniła ich interesy przed zakusami kapitalistów.
W XIX wieku baron Jay Gould żartował, że „może zatrudnić połowę klasy robotniczej, aby wybiła druga połowę”. Arogancja elit finansowych znów jest w modzie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook