Ciągle brak leku na zachłanność...
Do długiej już listy ludzkiej chciwości dopisano właśnie kolejny rozdział.
Przez kilkanaście ostatnich miesięcy – niemal cały poprzedni rok – rynki papierów wartościowych wzrastały bardzo miarowo, zwiększając wartość majątków akcjonariuszy.
Było miło, przyjemnie i ... nudno. Stały, przewidywalny przyrost wartości akcji to zbyt mało dla inwestorów, żądnych ponadprzeciętnych zysków.
Z tego między innymi powodu na popularności wzrosły inwestycje w kryptowaluty, i to pomimo dużych zastrzeżeń co do przejrzystości giełdy czy samego przedmiotu handlu. Nikt nie był w stanie powiedzieć czym są: Bitcoin, Ethereum czy Augur, ale skoro była okazja do zarobienia w astronomicznym tempie, to chętnych nie zabrakło. Po grudniowej gorączce nastąpiło styczniowe przesilenie, które wyczyściło portfele naiwnych amatorów szybkiego zysku.
Jednak to nie kryptowaluty są bohaterem dzisiejszego artykułu.
Naprawdę wtajemniczeni inwestorzy włożyli miliardy dolarów na fundusze śledzące odwrotność indeksu zmienności - VIX. Wraz z miarowym wzrostem wartości głównych wskaźników giełdowych, udziały tego typu funduszy dawały ponadprzeciętne zyski, tak upragnione przez lokujących kapitał.
W normalnych warunkach inwestycje w VIX są przeznaczone dla profesjonalistów, którzy w ten sposób zabezpieczają portfel instrumentów pochodnych. Okres przetrzymywania tego typu aktywów nie przekracza zazwyczaj 24ech godzin. Nie jest to z pewnością najlepsza lokata kapitału na emeryturę. Również nie powinna się znaleźć w portfelu drobnych ciułaczy. Dość powiedzieć, że banki przestrzegał w swoich potencjalnych klientów, że długoterminowa oczekiwana wartość udziałów w VIX wynosi 0 (słownie: zero).
Powszechnie jednak wiadomo, że podstępni banksterzy oszukują społeczeństwo, ukrywając przed nim najbardziej lukratywne lokaty. Na szczęście jest internet i polecenie od znajomego pewnego znajomego, który ... itd. Realia były takie, że ten kto nie ma udziałów w funduszach VIX przegrał życie.
Tymczasem w drugim tygodniu lutego z rynków papierów wartościowych wyparowało około 3 miliardów dolarów. Straciły wszyscy: fundusze inwestycyjne, emerytalne, a także drobni inwestorzy. Duże wahnięcie rynku doprowadziło do automatycznego wyczyszczenia funduszy, opierających strategię na niskiej zmienności. Tu również perturbacje najmocniej odczuli klienci detaliczni. Można powiedzieć, że swoją przygodę z egzotycznymi produktami inwestycyjnymi zakończyli z czystym kontem.
Najbardziej ciekawe w całym zamieszaniu jest to, że nie ma mądrego który byłby w stanie wytłumaczyć przyczyny rzezi funduszy VIX. Oczywiście zaraz po zdarzeniu pojawiło się mnóstwo komentarzy analityków, którzy rzucali oskarżenia w każdym możliwym – i niemożliwym - kierunku.
Chyba najbardziej absurdalnym wytłumaczeniem zjawiska – które zostało potraktowane na poważnie – jest zrzucenie winy za zachwianie giełd na fundusze VIX. W obliczu paniki miały one rzucić wszystkie siły, aby zmniejszyć swoje straty.
Problem polega na tym, że VIX jest zakładem o wartość indeksu giełdowego. Nie stoją za nim żadne akcje. Nie ma czego upłynniać w obliczu paniki. Nie istnieje łatwy sposób na zminimalizowanie szkód, chyba żeby się zabezpieczyć na funduszach grających na ... dużą zmienność wskaźników giełdowych.
Niestety nie ma co liczyć, że szybko poznamy faktyczną przyczynę lutowego załamania rynku papierów wartościowych. Jeśli regulator giełd rozpocznie dochodzenie, to wyniki możemy poznać za kilka miesięcy – tak było w przypadku incydentu z 2010 roku, gdy w kilka chwil Dow Jones stracił 1000 punktów. Wówczas przyczyną był ludzki błąd. Jeden z maklerów poradził zły formularz, który umknął systemowi walidacyjnemu.
Amerykański SEC (Securites and Exchange Commission) ma w planach budowę gigantycznej bazy danych, która by monitorowała samą giełdę, a także jej otoczenie, aby w porę ostrzegać przed nadciągającym kataklizmie. Niestety, aby zbudować takowe narzędzie potrzeba czasu. Potem jeszcze należy je przetestować. Najwięksi optymiści dają inicjatywie trzy lata(!) zanim stanie się użytecznym narzędziem. Na dodatek nie ma gwarancji, że sztuczna inteligencja – bo któżby inny – da radę przeanalizować ogrom zbieranych danych.
Jeśli wcześniej nie damy sobie za wygraną i nie scedujemy całego inwestowania na giełdzie na automaty, czekać nas będzie jeszcze kilka przypadków podobnych do bitcoina czy subprime’ów z 2008 roku. Prawdopodobnie historia ludzkiej chciwości wzbogaci się o kilka rozdziałów, zanim uznamy, że człowiek nie pobije rynku.
Komentarze
Prześlij komentarz