Gorszy pieniądz wypiera lepszy
Nie jest żadną tajemnicą, że różne kraje w odmienny sposób traktują swoich obywateli. Te – powiedzmy – bardziej cywilizowane, kładą nacisk na zaufanie. Oznacza to, w uproszczeniu, że każdorazowy kontakt z administracją – krajową lub lokalną – oparty jest na zrozumieniu, że człowiek przychodzi do urzędu, aby załatwić konkretną sprawę. Stąd przyjazność procedur, prostota formularzy i – ewentualnie - składanie potrzebnych oświadczeń. Biurokracja jest ograniczona do niezbędnego minimum.
Z oczywistych względów, skoro są państwa ufające obywatelom, muszą być też te drugie, które na każdego petenta patrzą z podejrzliwością. W kontaktach z urzędami dominuje wówczas wrogość – często obustronna. Załatwienie – nawet najprostszej – sprawy, to istna droga przez mękę. Każdy krok wymaga morza papierów, parafek i zaświadczeń. Pieczątek, podpisów, adnotacji. Najlepiej wszystko mieć poświadczone notarialnie. Każdy dokument trzeba mieć w oryginale, nawet gdy administracja posiada już jego kopię. Urzędnik musi sprawdzić, czy obywatel nie przyszedł go wykiwać. Każdy składany świstek, jest drobiazgowo sprawdzany i poddawany weryfikacji.
Śmiesznie się robi, gdy oba światy wchodzą ze sobą w interakcję.
Dobrym przykładem jest brytyjski rejestr spółek handlowych – Companies House. Ku zdziwieniu działaczy organizacji pozarządowych, które zajmują się transparentnością działalności gospodarczej, okazało się, że procedury rejestracji przedsiębiorstwa na Wyspach nie podlegają – co za ironia - żadnej kontroli.
To z kolei rodzi pewne konsekwencje. Oto zdarzenie zarejestrowane w zeszłym tygodniu, które bardzo poruszyło aktywistów. Otóż znany rosyjski przedsiębiorca z branży technologicznej, Paweł Durow – twórca popularnego komunikatora Telegram, założył w Wielkiej Brytanii spółkę, nazwał – jakże by inaczej – Telegram, następnie wpompował w nią 800 milionów funtów i ... stał się obywatelem Zjednoczonego Królestwa.
Szybko okazało się, że prawdziwy Paweł Durow nie wykonał żadnej z powyższych czynności. Ktoś inny złożył oficjalne formularze rejestracyjne, podszywając się pod rosyjskiego oligarchę. Jednak mimo, że oszustwo wyszło na jaw, Companies House nie usunęło zapisu spółki ze swoich ksiąg. Co więcej, firma założona przez pseudo-Durowa jest uważana – w świetle obowiązujących przepisów – za legalnie działający podmiot gospodarczy.
Po przejrzeniu rejestrów zgromadzonych w Companies House – tak, to niemal niewiarygodne, ale wszystkie informacje na temat spółki, jak: wyniki finansowe, skład zarządu czy informację o właścicielach można sprawdzić online – wyszło na jaw, że przypadek Durowa nie jest żadnym wyjątkiem. Organizacja Global Witness odkryła, że 4000 tysiące zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii przedsiębiorstw ma właścicieli w wieku poniżej 2 (słownie: dwóch) lat. Na liście jest też pięć osób, z których każda włada 6000 firm.
Dla osób, które – jak aktywiści z Global Witness – prześwietlają rejestry przedsiębiorstw, aby tropić zawiłości powiązań właścicielskich międzynarodowych koncernów, powyższe rewelacje były szokiem.
Okazało się bowiem, iż w kraju miłującym swobody obywatelskie - i zakładającym, że każdy człowiek działa z dobrych pobudek, nikt nie pilnuje porządku w papierach. Nie ma odpowiednich służb, które by śledziły, weryfikowały i ścigały tych, którzy próbują naruszyć dobre obyczaje.
Trzeba przyznać, że reakcja środowisk - dbających o przejrzystość w życiu gospodarczym - jest gwałtowna i rygorystyczna. Przepisy - na mocy których działa Companies House - uznano za jedną wielką lukę prawną. Na pierwsze miejsce wysunęły się zarzuty o braku jakiejkolwiek weryfikacji danych, przyjmowanych do tej pory „w dobrej wierze”. Dopatrzono się też małej aktywności urzędu w przypadku odkrycia nieścisłości w składanych deklaracjach. Pojawiły się postulaty nadania Companies House uprawnień do dokładnego nadzorowania wpisów w rejestrach oraz ścigania i karania, tych którzy publikują nieprawdę.
Zresztą Companies House pokazał już w tym roku pazurki, kiedy to nałożył grzywnę w wysokości 12 000 funtów na biznesmena, który postanowił udowodnić politykowi, jak łatwo zarejestrować spółkę posługując się fałszywymi danymi.
Wiele spółek międzynarodowych wykorzystuje brytyjską jurysdykcję prawną (głównie terenów zamorskich należących do Korony) do tworzenia skomplikowanej sieci powiązań biznesowych. Powoływanie się na tajemnicę korporacyjną ma zazwyczaj na celu ukrycie prawdziwej tożsamości właścicieli, którzy przez spółki w rajach podatkowych starają się uniknąć podatków.
Kwestia zainteresowania się działaniem Companies House stała się o szczególnie istotna, gdy padają pytania o faktyczną własność niektórych londyńskich nieruchomości czy przyczynę wzmożonej rejestracji spółek przez polityków i biznesmenów z krajów o wątpliwej reputacji, jeśli idzie o ściganie korupcji.
Tak niestety wygląda zderzenie dwóch różnych koncepcji traktowania obywateli. Jednej która każe im ufać i składać deklaracje „w dobrej wierze” oraz drugiej – wymagającej zaświadczeń i cyrografów, a w razie oszustwa – karzącej bezwzględnie. Gorszy pieniądz wypiera lepszy.
Komentarze
Prześlij komentarz