Czy Airbnb to jeszcze sharing economy?

Genialna koncepcja, aby dorobić dodatkowe pieniądze za wynajem nieruchomości na krótki okres, znana jako Airbnb, natrafia w Europie na coraz większe przeszkody . Amsterdam, Barcelona, Paryż, Berlin, Wenecja i Lizbona to tylko kilka miejsc na mapie naszego kontynentu, gdzie podjęto próbę walki ze zjawiskiem windującym ceny nieruchomości oraz niszczącym lokalną tkankę społeczną.

Od samego początku pomysł - stojący za Airbnb - wydawał się strzałem w dziesiątkę. Dostęp do wielu atrakcji turystycznych był limitowany przez ograniczoną ilość miejsc w hotelach. Dzięki startupowi z San Francisco, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, problemy ze znalezieniem odpowiedniego - na każdą - kieszeń lokum przestały być problemem. Oferta Airbnb stała się atrakcyjna właśnie w momencie, gdy duża ilość turystów uznała, że nocowanie w hotelu jest już nudne i passe. Teraz się liczy pobyt w oryginalnym lokalu i przeniknięcie do tkanki miasta, jakby się było prawdziwym mieszkańcem, a nie gościem.

Nic dziwnego, że ilość dostępnych lokalizacji zaczęła rosnąć jak grzyby po deszczu. Wprawdzie nawet w najpopularniejszych miastach jest ich nadal dużo mniej niż miejsc w hotelach, ale za to cena za noc potrafi dorównać – i przewyższyć – nawet najbardziej luksusowym apartamentom. Okazuje się, że oryginalność, wyjątkowość i domowa atmosfera też ma swoją wartość.

Niestety w przypadku krajów, które zamiast na posiadanie lokali, stawiają na ich długoterminowy wynajem, sytuacja dotychczasowych najemców stała się trudna. Właściciele zdali sobie sprawę, że mogą zarobić więcej na krótkich wynajmach dla zamożnych użytkowników Airbnb (i innych podobnych serwisów), niż na obsługiwaniu zwyczajnych, lokalnych klientów, którzy mieszkają i pracują w danym mieście przez rok (albo kilka lat). Nie dotyczy to tylko nowych osób, które szukają swojego M. Również obecni najemcy – jeśli ich umowa nie gwarantowała stałej ceny wynajmu – mogli się liczyć z podwyżkami.

Ponieważ wynajem krótkoterminowy zyskuje na popularności, przyciąga też nowych oferentów. Ludzie wykupują mieszkania w atrakcyjnych lokalizacjach i przystosowują je na potrzeby turystów. Dla bardziej zamożnych inwestorów – często zagranicznych – powstały specjalistyczne agencje, które przejęły „trud” obsługi fali turystów. Co więcej nawet deweloperzy podchwycili rynkowy trend i budują nowe apartamentowce z dodatkową usługą obsługi wynajmujących za inwestorów. Co za tym idzie ceny nieruchomości, podobnie jak wynajmu, również pną się w górę.

Jaka jest cena, którą muszą zapłacić miasta – i ich mieszkańcy – za kolejną pogoń za łatwym zyskiem? Wielu ludziom - przy stagnacji zarobków - coraz trudniej utrzymać się w najpopularniejszych turystycznie dzielnicach. Jeśli chcą mieszkać i pracować w tym samym mieście, muszą przenieść się na peryferia lub do miejscowości satelickich, względem metropolii. Tymczasem w sercach miast rośnie liczba pustych lokali, zapełniających się jedynie w okresie wzmożonego ruchu turystycznego.

Tym samym upada mit, że korzystając z Airbnb chłonie się unikalną atmosferę miasta z poziomu mieszkańców metropolii. Realia są takie, że żyje się w tych samych kwartałach ulic co wszyscy inni krótkoterminowi najemcy. Faktycznie jest to pewna różnica w porównaniu z hotelem, ale gdzie tu wymarzona wyjątkowość?

Nowe technologie rzeczywiście zakłócają dotychczasowe działanie rynków i często zmieniają ich charakter bezpowrotnie. Jednak ślepe postepowanie pod dyktando „niewidzialnej ręki” może być zgubne. Pierwotne dorabianie sobie do pensji na wynajmu pustej nieruchomości zamienia się w pełnoprawny profesjonalny biznes. Możemy więc z pewnością mówić o economy, nie wiadomo tylko gdzie się podziało sharing?

Bez zaangażowania władz lokalnych i zmiany reguł gry dla serwisów typu Airbnb centra popularnych turystyczne miast nadal będą pustoszeć, spychając prawdziwych mieszkańców na obrzeża. Częściowym rozwiązaniem problemu jest budowa lokali socjalnych, sponsorowana przez państwo (albo lokalną administrację). Tylko, że nie jest to wyjście optymalne, a jedynie oddanie pola bogatym inwestorom i usankcjonowanie obecnej – niezbyt zdrowej – sytuacji. Liczne protesty mieszkańców europejskich metropolii (jak choćby Amsterdamu) pokazują, że nacisk na władze municypalne ma sens. Można wprowadzić regulacje, które ograniczą wynajem krótkookresowy, nawet kosztem zmniejszenia napływu turystów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook