Do czego wykorzystać zbierane dane...

Przyzwyczailiśmy się już, że firmy technologiczne, z usług których korzystamy, zbierają o nas mnóstwo informacji. Google, Facebook czy Apple – czasem za naszą zgodą, innym razem – przy okazji – dowiadują się, gdzie jesteśmy, co lubimy jeść, ale jaki jest stan naszej baterii.

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że duża ilość danych o klientach i ich przyzwyczajeniach ma znacznie i daje jakąś mityczną: „przewagę konkurencyjną”. Jednak jednocześnie mam wrażanie, że wiele startupów kolekcjonuje informacje bez konkretnego celu, ot „ wszyscy zbierają, to my też, teraz nam nie potrzebne, ale może za jakiś czas jak już wszystko przeanalizujemy, to coś z tego będziemy mieli”.

To teraz na przykładzie Uber Eats, zobaczmy co firmy technologiczne mogą z tego mieć.

Mam nadzieję, że orientujecie się - mniej więcej - czym jest Uber Eats. Na pierwszy rzut oka to: grupa ludzi z dużymi torbami na plecach biega (albo jeździ) od restauracji do klientów, roznosząc zamówione potrawy.

Pomysł, aby stworzyć spółkę, która zdejmuje z właścicieli punktów gastronomicznych konieczność utrzymywania własnych dostarczycieli jedzenia, nie wydaje się specjalnie rewolucyjny, a już z pewnością dochodowy. Ot, ktoś postanowił schylić po parę groszy leżących na ulicy.

Gdyby chodziło tylko o sięganie kilu groszy z chodnika, to wydaje się, że poza chronicznym bólem pleców, niewiele więcej można wycisnąć. Spójrzmy jednak na zjawisko w szerszej perspektywie.

Uber Eats to spółka globalna i ... technologiczna. To, że kojarzy nam się z emigrantami przeciskającymi się po ulicach, to tylko sprytny kamuflaż. Liczą się bowiem dane, które zostawiamy w firmowej aplikacji. Jak choćby takie, że w jakimś skupisku osób, ludzie chętniej zamawiają hamburgery, a w innym pizzę.

Dla nas to może mało interesujące, ale dla kogoś kto zakłada biznes gastronomiczny liczą się tylko trzy rzeczy: lokalizacja, lokalizacja, a także ... lokalizacja. Gdy są klienci - restauracja kwitnie, a jeśli ich nie ma – to się zwija.

Tymczasem, mając mapę klientów – i znając ich gusta kulinarne - można łatwo umieścić punkt gastronomiczny w miejscu, z którego będzie wygodniej dostarczać jedzenie, bez konieczności wożenia go z dalszych odległości. Oczywiście, nie ma przeszkód, aby zbudować wówczas prawdziwą restaurację czy bar, żeby ludzie sami schodzili się z okolicy, żeby posiedzieć w knajpce i delektować się potrawami, ale gdzie by wtedy zarabiał Uber Eats?

Lepszym rozwiązaniem jest wirtualny punkt gastronomiczny. To znaczy będą tam: palniki gazowe (lub elektryczne), zlew, deska, na której kroi się składniki, a nawet kawałek blatu, gdzie zostanie skompletowane nasze zamówienie, ale nie będzie żadnego stolika, ani nawet kontuaru, aby spożyć posiłek. Tylko kuchnia i logo w sieci Uber Eats.

W ten sposób odpadają niepotrzebne koszty przerabiania lokali na punkty gastronomiczne, wynajmowanie wyposażenia czy płacenia różnych licencji i pozwoleń, na przykład na napoje gazowane czy serwowanie alkoholu. Co ważne, nie trzeba płacić obsłudze, kelnerkom, ani naganiaczom. Prawdziwa kuchnia prostej formy.

Póki co – jak donosi Bloomberg – Uber Eats znajduje małe knajpki i - mając dostęp do danych o gustach klientów z otoczenia - „sugeruje”, aby wydłużyć menu o kilka najpopularniejszych potraw. Dla obopólnej korzyści: właściciela baru i Ubera.

Jednak w przyszłości może się okazać, że bardziej opłacalne stanie się otwieranie „własnych” punktów gastronomicznych. To znaczy: samej kuchni, serwującej najpotrzebniejsze posiłki, z jakimś atrakcyjnym logiem i nazwą. Obsługiwanej – oczywiście – przez Uber Eats.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook