Reguluj prawa pracowników jak Kalifornia


Słyszycie dochodzący z Kalifornii szum, tym razem to nie fale Oceanu Spokojnego bijące o brzeg, ale głos niezadowolonych pracodawców.

Pod koniec maja kalifornijski senat podjął odważną próbę uregulowania praw pracowników szeroko rozumianej sharing economy. Nowe przepisy mają utrudnić firmom zatrudnianie osób jako niezależnych podwykonawców.

Co więcej, w momencie wejścia ustawy w życie, wszyscy pracujący w ramach – jak to się ładnie mówi - alternatywnych form zatrudnienia, zrównaliby się w prawach z etatowcami. Otrzymali by zatem: ubezpieczenie społeczne, opiekę zdrowotną, płatne nadgodziny, płatny urlop rodzicielski oraz gwarantowaną minimalną stawkę za godzinę pracę: 12 dolarów.

Kalifornia należy do awangardy stanów, próbujących regulować wewnętrzny rynek pracy. Oczywistym powodem jest duża ilość spółek technologicznych – ale nie tylko, które nagminnie wykorzystują alternatywne formy zatrudnienia, aby unikać stanowych i federalnych przepisów prawa pracy.

Jak podaje Alexia Fernandez Campbell z Vox’a, ustawa AB5 jest rozszerzeniem zeszłorocznego, przełomowego orzeczenia Kalifornijskiego Sądu Najwyższego, w sprawie spółki Dynamex. Kwestią sporu – rozstrzyganego przez najwyższy organ – było pytanie, czy jest pracownikiem osoba, która jeździ na zlecenie spółki własnym samochodem, ale z logo spółki i w ubraniu spółki, a na dodatek musi respektować wszystkie wewnętrzne regulacje spółki? Sąd odpowiedział twierdząco.

Tak więc osią nowego prawa jest wprowadzenie zasady ABC, która ma pomóc pracodawcom rozstrzygnąć czy mogą zatrudnić pracownika jako kontraktora czy muszą mu dać etat. Firma musi udowodnić, że:

A) nie kontroluje pracy podwykonawcy,
B) podwykonawca dostaje zlecenie, które nie jest związane z główną działalnością firmy oraz,
C) podwykonawca prowadzi niezależny biznes w branży, w której działa firma.

Kontrakt może dostać tylko osoba, która spełniała wszystkie trzy kryteria. W przeciwnym razie – powinna otrzymać etat w spółce.

Nowe przepisy mają zmienić kalifornijski obraz rynku pracy, gdzie łatwiej zostać niezależnym podwykonawcą, niż otrzymać pracę na etacie. Gra idzie o setki tysięcy miejsc pracy, które obecnie wymykają się regulacjom, zostawiając zatrudnionych bez jakiejkolwiek ochrony i ubezpieczeń.

Kalifornia byłaby – na przykład - pierwszym stanem, który jednym ruchem dałby pełnoprawne miejsca pracy dziesiątkom tysięcy kierowców Ubera i Lyfta, a więc nadała im prawa, o które toczą oni sądowe batalie, od samego początku istnienia obu startupów.

Zresztą Uber – jako ikona wypaczenia idei sharing economy – jest najlepszą egzemplifikacją. Zarządzający aplikacją nieustannie twierdzą, że kierowcy nie są ich pracownikami, bo sami ustalają sobie plan dnia, a także zapewniają pojazdy do wykonywania zadań. Kontrargumentem jest fakt, że kierujący samochodami muszą stosować się do rygorystycznych warunków wewnętrznych, a także poruszać z góry wyznaczonymi trasami.

Model biznesowy Ubera - chętnie kopiowany przez inne startupy, chcące zabłysnąć w sharing economy, ale też (coraz częściej) podchwytywany przez globalne korporacje - zakłada przerzucenie jak największej ilości kosztów świadczenia usług na podwykonawców i jednoczesne odmawiania im należnych praw pracowniczych. W zasadzie chodzi więc o zyskowność, w której do marży dorzuca się pieniądze zaoszczędzone, dzięki omijaniu przepisów prawa pracy.

Warto zwrócić uwagę, że ustawa, która trafiła do senatu, jest już swoją własną, łagodniejsza wersją. Pierwotny projekt nie przewidywał żadnych wykluczeni od reguły bycia podwykonawcą. Teraz, po serii protestów korporacji oraz lokalnej Izby Handlowej, a także silnym lobbingu wpływowych organizacji, z pod ustawy wyłączono między innymi: lekarzy, dentystów, prawników, architektów czy księgowych.

Grupy branżowe przekonywały, że nie można zabronić wysokiej klasy specjalistom możliwości rozliczania się poprzez własne spółki oraz prawa do negocjowania indywidualnych kontraktów. Senat po części podzielił ten pogląd, gdyż jego celem jest raczej ochrona tych liczniejszych podwykonawców, którzy w starciu negocjacyjnym z korporacjami, jak Uber czy Amazon, nie mają żądnych szans.

Do tej pory kalifornijscy przedsiębiorcy sprawnie poruszali się w dżungli stanowych i federalnych przepisów, zazwyczaj mylnie klasyfikując swoich „pracowników”, przez co mogli ich „zatrudnić” na kontrakcie, zamiast etacie. Kalifornijscy urzędnicy skarbowi już dekadę temu bili na alarm, że spółki gremialnie naginają prawo, aby obniżyć koszty działalności i poprawić pozycję konkurencyjną.

Niestety, administracja federalna – zarówno Departament Skarbu jak i Departament Pracy - nie podjęła tematu uszczelnienia przepisów. Zarządzano jedynie doraźne kontrole w urzędach skarbowych, które nie skutkowały zmianami legislacji na poziomie federalnych. Sprawę zostawiono do rozwiązania poszczególnym stanom, stąd widowiskowe działania Kalifornii.

Kalifornia to – przypomnę – jeden z najbogatszych, dzięki Dolinie Krzemowej, stanów. Wprowadzenie nowych przepisów byłoby wyzwaniem dla reszty stanów, a także – jak twierdzą autorzy ustawy – krokiem do regulacji rynku pracy, silnie doświadczonego przez Wielką Recesję.

Warto w tym miejscu przytoczyć fragmentem wypowiedzi – dla Vox’a - dyrektorki ds. legislacji Kalifornijskiej Federacji Pracy (California Labor Federation), Caitlin Vegi, która jest jedną z promotorek nowej ustawy. Twierdzi ona, że: „[Korporacje] robią to, bo mogą i do tej pory uchodziło im to na sucho”. 

Przegłosowanie umowy powinno być czystą formalnością. Stojący za nią Demokraci mają przewagę umożliwiającą im nawet odrzucenie veta gubernatora, jeśli takowe się pojawi.

Porządkowanie zasad, które pozwolą setkom tysięcy ludzi na normalną pracę za odpowiednie wynagrodzenie, jest chwalebne. Trzeba regulować działania korporacji, które „robią biznes” na omijaniu państwowych przepisów, a swoje działanie tłumaczą „nieprzystosowaniem prawa do realiów rynkowych”.

Jednak w wydaje mi się, że w tym miejscu warto zadać pytanie: czy zasadne jest utrzymywanie – w jakimś sensie – przestarzałej formy świadczenia pracy jaką jest etat? Być może warto byłoby ochronić zatrudnionych przed firmami „oszczędzającymi” na ich świadczeniach, bez konieczności wciskania ich w gorset umowy o pracę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook