Chińskie trucie

Kto jest liderem przemian energetycznych? Chiny. Kto deklaruje największe redukcje wydobycia paliw kopalnych? Chiny. Kto się daje nabrać na chiński PR? My.

Chiny rzeczywiście podjęły wyzwanie przekształcenia swojego modelu energetycznego. Obecnie, aż 64% energii pochodzi ze spalania węgla. Zaledwie 10% zapotrzebowania jest pokrywane ze źródeł odnawialnych. Likwidowane są więc nierentowne i wyeksploatowane kopalnie, a także ograniczono powstawanie nowych. Problem leży jednak w skali zjawiska.

Powiedzmy sobie szczerze, że łatwo zamknąć na cztery spusty szyby, które nie gwarantują już opłacalnego pozyskiwania surowca lub skreślić z listy inwestycji nowe zakłady pracy. Szczególnie gdy nikt dokładnie nie zweryfikował pierwotnych planów. Dużo trudniej jest zamknąć elektrownie węglowe i zastąpić je nowymi, opartymi o alternatywne źródła energii.

Gdy nie wiadomo, co zrobić z kopcącymi kominami oraz hałdami węgla i koksu, najlepiej wziąć przykład z państw rozwiniętych. Można zaimplementować, na przykład, europejską receptę na pozbycie się szkodliwego dla środowiska przemysłu cementowego. Trujące elektrownie i kopalnie trzeba wyeksportować do krajów biedniejszych, w które w podchodzą do kwestii ochrony przyrody w sposób bardziej elastyczny. W przypadku Chin, idealnym celem jest Afryka.

Oczywiście w dzisiejszych czasach dbanie o naturę oraz chronienie jej zasobów jest wypisane w plany niemal każdego rządu i w tym względzie państwa afrykańskie nie odbiegają od światowej normy. Każda większa inwestycja musi przejść ocenę oddziaływania na środowisko. Niestety żyjemy jednak w warunkach gospodarki rynkowej, a ta wymaga od państw ciągłego rozwoju. W przypadku Afryki, którą ominęła szeroka fala industrializacji, kuszące są wszystkie oferty, obiecujące wsparcie rodzimej gospodarki oraz nowe miejsca pracy.

Jak donosi David Obura, z Quartz Africa, taką właśnie propozycję złożyło kenijskiej administracji chińskie konsorcjum Amu Coal, które planuje wybudowanie elektrowni węglowej w słabo zaludnionym regionie kraju, będącym obecnie atrakcją turystyczną, a także oazą dzikiej przyrody. Wydaje się, że pomysł lokalizacji nowej inwestycji był na tyle chybiony (surowiec do elektrowni ma być sprowadzany z RPA), że – w ramach zorganizowanych konsultacji społecznych (wspomniana już wyżej ocena oddziaływania na środowisko) – zostanie ostatecznie odrzucony.

Tymczasem w przeprowadzonych badaniach skutków i ryzyk ulokowania elektrowni została usunięta większość kwestii, które mogłyby zagrozić powstaniu zakładu pracy. Nie uwzględniono więc faktu, że spalanie węgla uwolni szkodliwe dla przyrody toksyny. Przemilczano zagadnienie utylizacji odpadów, których umiejscowienie niesie zagrożenie w przypadku podniesienia się poziomu morza. Zbagatelizowano fakt, że nowa elektrownia podwoi emisję CO2 kenijskiego sektora energetycznego. Pominięto także ustalenia długoterminowego planu zagospodarowania obszaru (projekt LAPSSET), który zakłada powstanie w pobliżu milionowej metropolii do roku 2050.

Jako zaletę uwypuklono fakt, iż bieżące usytuowanie elektrowni nie narazi na bezpośrednie zanieczyszczenie terenów zamieszkałych przez ludzi. Tak jakby zatruwanie odpadami obszarów dzikiej przyrody było jak najbardziej w porządku.

W sumie – choć brzmi to jak farsa – badanie wpływu działania zakładu przemysłowego na środowisko naturalne, które miało ułatwiać właściwy rozwój kraju, zostało sprowadzone do biurokratycznego konwenansu. Będącego koniecznością dla administracji i uciążliwością dla inwestora. Przy apatii lokalnej opinii publicznej możemy być niemal pewni, że Chińczykom – nie szczędzącym pieniędzy na projekty infrastrukturalne - uda się umiejscowić w Afryce jeszcze wielu trucicieli.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook