Nierówność dla wszystkich
Robert B. Reich, wykładowca Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, reżyser filmu „Nierówność dla Wszystkich”, dotyka problemu, z którym jeśli już się nie borykamy, to na pewno się zetkniemy, a nasze dzieci mogą już nie mieć alternatywy.
Chodzi o przemodelowanie się rynku pracy, które powoduje likwidowanie miejsc pracy, na korzyść tzw. niezależnych dostawców. Oczywiście można za to winić niewidzialną rękę rynku, zmiany w podejściu ludzi do rynku pracy, ale prawda jest prostsza, niż się wydaje – korporacje dostrzegły, że nie opłaca się zatrudniać ludzi na etatach, skoro można ich wynająć tylko do pracy przy konkretnych projektach.
Reich porównuje dwie firmy General Motors i Uber. GM warta około 60 mld dolarów, zatrudnia ponad 200 000 pracowników, których stawka godzinowa się waha pomiędzy 19, a 28,5 dolara. Z kolei Uber jest wyceniany na 40 miliardów dolarów i ma tylko 850 zatrudnionych na etacie. Ma też w swojej sieci 163 000 kierowców (czytaj: niezależnych współpracowników), a ich liczba powinna się podwoić do czerwca. Godzinowe zarobki wynoszą od 17 dolarów w Los Angeles, po 23 dolary w Nowym Jorku.
Co różni pracowników GM i niezależnych z Ubera? Wszystko.
Pracownicy GM nie płacą za swoje maszyny i są objęci prawem pracy (jak bardzo nie byłoby ono ograniczone w stosunku do europejskiego), a to oznacza: 40 godzin pracy w tygodniu, płacone nadgodziny, normy pracy, wynagrodzenie jeśli poniesie się uszczerbek na zdrowiu podczas pracy, płatne urlopy, zapewnione minimum pensji, plan emerytalny, ubezpieczenie od bezrobocia, a wreszcie prawo do sporu zbiorowego.
Kontraktorzy Ubera sami płacą za swój pojazd i muszą o niego dbać na własny rachunek: czyszczenie, uzupełnianie benzyny, wymiana kół i oleju, przeglądy techniczne. Wszystkie te koszty obniżają ich faktyczną stawkę godzinową.
Najgorsze, że kierowcy Ubera, to nie jest żadna nowość na rynku pracy, a jedynie przejaskrawienie szybko rosnącej mody na zatrudnianie ludzi. To firmy zmuszają pracujących na etat, by w ramach cięć budżetów przechodzili na samozatrudnienie czyli pozycje tzw. niezależnych dostawców. Tłumaczy się, że to dla ich dobra, tworzy się elastyczne środowisko pracy, które nie wymaga ciągłego przesiadywania w pracy, a jedynie skupienie na konkretnych pracach na rzecz firmy. Podkreśla się, że można dzięki temu pracować z domu (nie tracąc czasu na dojazdy), w nieregularnych godzinach (kiedy się chce, a więc można wykonywać też inne czynności domowe, jak sprzątanie czy opieka nad najbliższymi). Ale niezależność jest czystą fikcją. Korporacje manipulują czasem pracy, a kontraktowi pozostają związani z tą samą firmą, tylko zostają skreśleni z listy płac etatowych pracowników. Lista zawodów, których dotyka choroba niezależnych dostawców ciągle się wydłuża
Jest jednak iskierka nadziei, że wyścig do dna - fundowany przez korporacje - da się zatrzymać.
FedEx jako jeden z pierwszych postanowił przetestować program niezależnych dostawców, przemianowując w ten sposób wszystkich swoich dotychczasowych pracowników W 2005 roku kierowcy FedExa pozwali firmę, za to, że zostali zmuszeni do zakupu fedexowskich ciężarówek, ubrań i czytników. Musieli ponosić koszty ubezpieczenia, paliwa, opon, wymian oleju, posiłków w drodze i utrzymania. W razie choroby lub urlopu, we własnym zakresie musieli naleźli zastępstwo. Fedex wprawdzie nie ustalał im godzin pracy, ale sugerował, że powinno to być od 9,5 do 11 godzin dziennie.
Fakt, że dopiero w lecie 2013 roku, ale jednak kalifornijski sąd federalny uznał, że kierowcy FedExu byli faktycznie przez cały czas pracownikami firmy, a nie niezależnymi dostawcami.
Ostatnio w podobnym duchu wypowiedział się kalifornijski są o kierowcach Ubera, choć należy podejrzewać, że to dopiero początek prawnej batalii.
Robert Reich sugeruje, że rozpatrywanie przez sądy sprawa po sprawie, czy dane przedsiębiorstwo słusznie zatrudniają ludzi jako kontraktorów, zamiast wciągać ich na etaty, będzie czasochłonne. Ustanawianie nowego prawa również nie przyspieszy rozwiązania. Sugeruje on zmuszenie federalnych agencji rynku pracy (odpowiednik Państwowej Inspekcji Pracy – PIP) i urzędu podatkowego (osławiony IRS) do sumiennego wykonywania swoich obowiązków.
Komentarze
Prześlij komentarz