Ciemniejsze chmury nad amerykańskimi absolwentami
Wydaje się, że nie ma niczego gorszego, niż analizowanie czegoś co - na pierwszy rzut oka - działa doskonale. W poprzednim wpisie przedstawiłem rozwój szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych. Rosnące co roku czesne, zwiększające się nabory. Dodatkowo, studenci, którzy dobrze odczytują rynkowe trendy, rezygnując z, coraz niżej wynagradzanych, stanowisk prawniczych, na korzyść wyżej docenianych posad inżynierów. Nawet uczelnie działają według dobrej kapitalistycznej zasady - im większy popyt, tym bardziej można windować ceny - podniosły czesne na politechnikach (szczególnie prywatnych z 25 000 do 38 000 dolarów rocznie w ciągu ostatnich 10-ciu lat).
Tymczasem absolwenci uniwersytetów, średnio, radzą sobie na rynku pracy lepiej, niż abiturienci szkół wyższych. Mają szansę na wyższe wynagrodzenia oraz są w mniejszym stopniu zagrożeni bezrobociem, czy nawet pracą poniżej swoich kompetencji.
Przy tak dobrej perspektywie, dziwi, że po dwóch latach od ukończenia studiów tylko niecałe 50% absolwentów zarabia na etatach ponad 30 000 dolarów rocznie. 30% abiturientów po dwóch latach, dodatkowo obciążona kredytami studenckimi, z trudem wiąże koniec z końcem i posiłkować się finansowym wsparciem rodziny.
Okazuję się, że uniwersytety nie wypełniają swoich podstawowych funkcji - nie uczą i nie zachęcają do uczenia się. Od 50 lat ilość godzin zajęć nie uległa zmianie i wynosi 15 tygodniowo. Tymczasem spada ilość godzin przeznaczona na pracę własną. Pół wieku temu studenci pracowali samodzielnie 25 godzin tygodniowo. Obecnie studiowanie zajmuje tylko 12 godzin.
Wydaje się oczywiste, że studia powinny rozwijać zdolności: komunikowania się, krytycznego myślenia czy rozwiązywania skomplikowanych problemów. Okazuje się, że 30% absolwentów nie rozwija w trakcie czterech lat studiowania żadnej z powyższych umiejętności. Dostrzega się też wśród żaków brak poświęcenia się pracy naukowej.
Z kolei uniwersytety są oskarżane o niedostatek odpowiedniego wsparcia instytucjonalnego w zakresie praktyk, staży, pomocy mentorskiej oraz usług pośrednictwa pracy.
Wspomniane powyżej braki nie wystawiają najlepszego świadectwa amerykańskiemu środowisku akademickiemu. Uczelnie nie radzą sobie szczególnie dobrze w przygotowaniu studentów do życia w coraz bardziej zglobalizowanym świecie. Europejscy absolwenci (wykształceni dużo niższym kosztem), posiadają podobne lub wyższe umiejętności analityczne w stosunku do kolegów z USA.
Demokracja wymaga poinformowanych i myślących obywateli. Tymczasem ponad 30% amerykańskich absolwentów nie czyta codziennej pracy, a 40% nie angażuje się w dyskusje polityczne, ani bieżące wydarzenia.
Nieprzyswojenie sobie umiejętności śledzenia bieżących wydarzeń czy dyskutowania o polityce, nie wróży dobrze amerykańskiej demokracji. Być może absolwenci uniwersytetów lepiej radzą sobie na rynku pracy od studentów szkół wyższych. Jednak zbyt wielu opuszcza mury uczelni bez podstawowych umiejętności krytycznych, analitycznych czy komunikacyjnych. W dużym stopniu ogranicza im to wypełnienie oczekiwań pracodawców, nie wspominając o ich niewystarczającym udziale w systemie demokratycznym.
Komentarze
Prześlij komentarz