Kobiety prezesi
O obecnej roli kobiet w biznesie wiadomo niemal wszystko.
Są gorzej wynagradzane (80% pensji) od mężczyzn na identycznym stanowisku i z podobnym zakresem obowiązków. Mają mniejsze szanse, aby przebić się w hierarchii, zaś bez specjalnych ustaw kwotowych ich udział w zarządach firm nie sięga ponad 23%. Jest to wynik Wielkiej Brytanii, która ma najwyższy odsetek kobiet w gremiach zarządzających wśród krajów, które nie posiadają żadnych regulacji prawnych w tym kierunku. Przy zachowaniu obecnej tendencji, oraz bez specjalnych regulacji, wyrównanie płci w składach zarządów może nastąpić dopiero w drugiej połowie XXI wieku.
Tymczasem kobiety stanowią przewagę wśród studiujących, zarówno pod względem liczby, ale też wyników. Muszą udowodnić, że znają się lepiej i potrafią więcej, jeśli chcą zbić korporacyjny sufit, którego istnienie negują nawet te z menadżerek, którym ta sztuka się udała.
Z drugiej strony mówi się, że to właśnie kobiety powinny rządzić światem finansów, ponieważ są bezpieczniejszymi inwestorami i mają większą awersję do ryzyka.
Interesujący projekt przedstawiła Karen Rubin kierowniczka w firmie Quantopian, algorytmicznej platformy tradingowej. Z czystej ciekawości postanowiła sprawdzić istnienie korelacji pomiędzy kobiecym przywództwem, a ponad przeciętnymi wynikami na giełdzie.
Począwszy od 2002 roku, Rubin uzupełniała model giełdowych zapisów o daty początku i końca urzędowania kobiet - prezesów. Jej algorytm obliczał wielkość zwrotu z inwestycji dla każdej z 1000 firm notowanej na liście Fortune, gdy na ich czele stała kobieta. Następnie Rubin porównała wyniki z osiągnięciami firm z S&P 500. Okazało się, że kobiety u władzy zapewniają lepsze wyniki: 340% zysku w porównaniu do 122% S&P 500 w latach 2002 -2014.
Rubin zwraca uwagę, że kobiety zazwyczaj zarządzają firmami, które nie mają znaczącego wpływu na kształt gospodarki USA (jak handel, media czy przemysł samochodowy). Co więcej nie powierza im się najwyższych stanowisk w korporacjach, które stoją nad przepaścią i potrzebują gwałtownej zmiany.
Prawdziwym testem dla efektywności będzie sytuacja, gdy naturalne będzie zatrudnianie kobiet na stanowiskach prezesów (obecnie 4,6% firm z S&P 500).
Na kanwie przedstawionych powyżej badań zastanawiam się, dlaczego w ogóle trzeba brać się za podobne analizy. Czemu uznajemy, że dla wykazania oczywistości, trzeba zbudować skomplikowane korelacje i udokumentować rzetelnymi wynikami. Najlepiej zaprezentować bijący po oczach wykres.
Wydawałoby się, że skoro nie dostrzegamy w biznesie różnic między rasami czy religiami, to z płcią powinno nam pójść wiele łatwiej.
Czy ktoś robi zestawienia porównujące wyniki prezesów – blondynów na tle reszty? A niebieskookich? Jak zostały by przyjęte analizy pokazujące, że anglikanie lepiej sprawdzają się na stanowisku prezesa niż katolicy? Od czasu gdy mocą prawa zniesiono segregację rasową (która w innym przypadku prawdopodobnie nadal by trwała w niektórych hrabstwach USA) nikt nie robi zestawień porównujących jak z pracą na najwyższym szczeblu radzą sobie afroamerykanie. Być może badacze zostali by posądzeni o rasizm.
Obecnie posiadanie drugorzędnych męskich cech płciowych decyduje o możliwości awansu lub zarządzania firmą bardziej, niż wiedza czy doświadczenie.
Właśnie sprawa zatwierdzania przez kolejne krajowe parlamenty ustawodawstwa kwotowego w zarządach przedsiębiorstw wydaje się jedyną drogą, która skróci czas „naturalnego” dostosowywania się biznesu do zjawiska pod tytułem „kobieta – prezes”. W innym przypadku poczekamy jeszcze długo.
Komentarze
Prześlij komentarz