Wycena jednorożca

Zbudowanie wielkiego przedsiębiorstwa od podstaw jest trudne. Nie ma żadnych ogólnych zasad, reguł czy utartych ścieżek, które mogą pomóc osiągnąć tak ambitny cel. A jednak, w końcu, nadchodzi taki moment gdy można powiedzieć: „Udało się”. To się wie.
Tak jak wiemy, że wielkimi przedsiębiorstwami są Apple, Google czy Amazon. My wiemy, oni wiedzą, rynki finansowe wiedzą, nawet założyciele – wiedzą.
Czy ktokolwiek z wyżej wymienionych firm, gdy były jeszcze we wczesnych fazach rozwoju (drugi, trzeci czy czwarty rok), mógł powiedzieć z ręką na sercu, że wszystko idzie w dobrym kierunku? Rynek zawsze poruszał się szybko i nieprzewidywalnie, pojawiała się konkurencja, klienci kaprysili, członkowie zespołów odchodzili i zakładali nowe firmy, inwestorzy mieli swoje wizje rozwoju, itd.
Każdy przedsiębiorca potrzebuje w takim momencie czegoś stałego, czego będzie się mógł trzymać. Liczby. Karty wyników. Oceny. Czegokolwiek, co mówiłoby jemu - i całemu światu – robisz dobrze i zmierzasz w dobrym kierunku.

I wówczas zstąpił Bóg i powiedział: „Oto, umęczony człowieku, daruję ci – wycenę”.

Od tego momentu wszystko było łatwiejsze.
Jeśli rynek mówi, że twój biznes jest wart teraz 1 miliard (w porównaniu z 0,5 miliarda pół roku wcześniej i 0,1 miliarda rok temu i 0,01 miliarda dwa lata wstecz), to znaczy, że czynisz postęp. Liczby nie kłamią. I czujesz, że jest OK. Ale to jeszcze nic.
Twój startup jest wart 1 miliard, a konkurencyjny biznes twojego serdecznego przyjaciela ze studiów jest wyceniany na 0,5 miliarda. Czyli jesteś dwa razy lepszy od niego. Wycena nie kłamie. To też sprawia, że czujesz się dobrze.

Wycena jest swoistą kartą wyników przedsiębiorcy. Zawsze nią była, w skomplikowanym świecie startupów, i dziś jest nią jeszcze bardziej, gdy informacje o pozyskanie nowej puli od inwestorów i podniesieniu wyceny biznesu stają się codziennym – i najważniejszym - newsem tech blogów. 
Właściwie blogi technologiczne stały się swojego rodzaju giełdowym tickerem dla świata startupów. Wszyscy na nie patrzą, bo czekają na objawienie. Czekają na jednorożca. Na ten jeden nowy, prawdziwy, rewolucyjny pomysł (bo w końcu od czego zaczyna się startup?), aby go pochwycić już teraz, zanim stanie się nowym Applem czy Amazonem.
Problem jest jednak bardziej złożony niż semantyczne znaczenie słowa jednorożec, synonimu rzadkiego zjawiska. Wycena to tylko liczba. I ma swoja ciemną stronę.
Dopóki nie sprzeda się swojego przedsiębiorstwa za prawdziwą gotówkę, wycena jest tylko teoretyczną wartością firmy. I jako taka podlega – oczywiście – zmianie. Wystarczy, że startup stanie w świetle reflektorów rynku i nagle jego obecna wycena z 1 miliarda może urosnąć do 1,5 miliarda. Ot, tak sobie, pstryk, i gotowe. Właściciel zachodzi wówczas w głowę, jakim cudem nie zauważył 50% wartości firmy. Ale to nie wartość, tylko wycena. Liczba. Na dodatek taka, której nie da się kontrolować, będąc przedsiębiorcą. Kontroluje ją rynek, a ten zazwyczaj nie jest sprzymierzeńcem. A już na pewno nie na długo.

W celu upewnienia się, że – jako właściciel przedsiębiorstwa – zmierza się w dobrą stronę, lepiej wybierać wskaźniki, na które ma się wpływ. Łatwiej sprawdzić zadowolenie pracowników lub klientów czy znajomość marki. Jeśli koniecznie trzeba coś liczyć to może wolne środki pieniężne, generowane przez biznes.
Czasami warto też zaufać innym miernikom, na przykład zadowoleniu współmałżonka i dzieci, z wcześniejszego powrotu do domu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook