Chińskie kaprysy

W nowy tydzień, ba!, już zaraz w nowy rok szkolny wchodzi się zazwyczaj z nadziejami. Czasami jednak nasze oczekiwania nie do końca pokrywają się z rzeczywistością. Kto na progu zeszłego tygodnia był w stanie przewidzieć gigantyczne tąpnięcie na chińskich, a potem ogólnoświatowych rynkach kapitałowych?
Niby wszyscy wiedzieli, od lat, że chińska gospodarka spowalnia z kwartału na kwartał. Kraj tężeje, pracownicy coraz rzadziej dają się wykorzystywać jako niewolnicza siła robocza, drobni przedsiębiorcy i inni beneficjenci chińskiego boomu, nasyceni pieniędzmi coraz częściej myślą o klasie średniej i nieśmiało przebąkują o wolnościach obywatelskich.
Czy nagle wszystkich ogarnęła amnezja co do publikowanych oficjalnych wyników, które z dziwnych powodów bardziej odpowiadały partyjnej narracji, a coraz mniej odzwierciedlały prawdziwy obraz gospodarki?  
To wszystko było by może do zniesienia, i patrząc z perspektywy czasu, zasadnicza część inwestorów nie przejawiała niepokoju związanego z chińskim kłopotami. Główne problemy leżą gdzie indziej. Pierwszy - Chiny mają Stany Zjednoczone w kieszeni. Przez lata wykupowali amerykańskie papiery skarbowe, że wszyscy do tego przywykli i zapomnieli, że stan równowagi zostanie zachowany jedynie wówczas, gdy Chiny i USA będą rozwijały się w podobnym tempie. Jeśli jeden z krajów zanotuje nieprzewidziane kłopoty, pociąga od razu drugi. Wszystko gra póki Chiny produkują, a Ameryka kupuje (na chiński kredyt).
Stąd drugi problem - po krachu Lehman Brothers USA zaczęły oszczędzać (to samo dotyczy całego świata zachodniego). Spadła sprzedaż, popyt wewnętrzny, spowolnienie dotknęło kluczowe branże amerykańskiej gospodarki - budowlankę i przemysł samochodowy. Oczywistym jest, że skoro jedna strona ogranicza popyt, to druga strona - czyli największa fabryka świata, Chiny - powinna ograniczyć podaż. To jednak arcytrudne, kiedy fabryki idą pełną parą, wszyscy są przyzwyczajeni do wzrostu, na dodatek Chiny  rozszerzają dominację na inne kraje azjatyckie czy afrykańskie (budując infrastrukturę strategiczną - koleje, drogi, gazo- i ropociągi).
W sumie świat to system naczyń połączonych, Amerykanie sami stworzyli sytuację zagrożenia w Chinach. Pytanie jednak powinno dotyczyć przyszłości, a nie dywagacji nad przeszłością, której zmienić się nie da.
Wszystko co zdarzyło się zeszłym tygodniu było tylko sumą wszystkich strachów, nie odpowiedzią na konkretne zagrożenie. Ani spadek na chińskich giełdach nie był zbyt dotkliwy (od wiosny tracą one już blisko 50% swojej wartości), ani dane z Państwa Środka pokazujące gorszą ujemna dynamikę produkcji, ani nawet dewaluacja waluty (11 juanow w stosunku do dolara - to raptem 6-7% wartości), nie powinny zachwiać wszystkimi rynkami giełdowymi.
Dostrzegam dwa możliwe wytłumaczenia (z dualizmem łatwiej). Pierwszy będzie raczej uspokajający, choć dla nie dla wszystkich. Chińskie władze, dzięki kombinacji kilku elementów: dewaluacji waluty, zmuszenie najbogatszych ludzi i spółek do aktywniejszego uczestniczenia w rynkach kapitałowych, dofinansowanie banków czy wpompowaniu olbrzymich pieniędzy w giełdę - odzyskają panowanie nad swoim sektorem finansowym. To z jednej strony piękne marzenie, bo wszystko wróciłoby do jako-takiej normy, z drugiej strony niebezpieczne, bo oznaczałoby, że da się kontrolować rynki finansowe. Trzeba sobie samemu odpowiedzieć na pytanie czy wersja druga jest w ogóle możliwa. Wielu komentatorów w zachodniej prasie wierzy, że normalność jest do osiągnięcia. Cóż...
Drugie wytłumaczenie jest pewnie zbliżone do najczarniejszego scenariusza, ale czasami trzeba się zmierzyć z potencjalnymi zagrożeniami, bo tylko wówczas jest szansa na szukanie rozwiązań, a nie paniczne reagowanie na każdy impuls.
Gwałtowne chińskie ruchy nie powinny dać wiele. Poza spaleniem w giełdowym ogniu kilkudziesięciu miliardów dolarów nie zadzieje się nic pozytywnego. Giełda będzie spadać, bo zacznie odzwierciedlać prawdziwą wartość chińskiej gospodarki - spowalniającego smoka, nie kraju w recesji, ale państwa, które z powodu sytuacji światowej (niskie wzrosty gospodarcze lub stagnacja) nie może rozwijać się po 10% rocznie produkując niepotrzebne gdzie indziej produkty. Dopóki nie zostanie złapany stan równowagi, może być dalej swobodny lot. Zawsze może powiedzieć, że giełda reaguje jak sobie uważa i chińskie władze mogłyby się odciąć od rynków kapitałowych. Problem jednak polega na tym, że wcześniej pozwoliły swoim obywatelom na wpompowanie w nie swoich niebagatelnych oszczędności. Chińczycy - nie mogący normalnie oszczędzać w bankach (zbyt niskie stopy procentowe potrzebne do rozkręcania kredytowania dla przedsiębiorstw) - najpierw sparzyli się na rynku nieruchomości, który okazał się bańką, a obecnie tracą swoje pieniądze na giełdzie (do inwestowania na niej zachęcała władza od około roku). Nie wiem, jak wygląda odporność obywateli z Państwa Środka, ale w normalnych warunkach traci się zaufanie do władzy, która w podobny sposób traktuje ciężko wypracowane majątki ludzi. To jest poważne zagrożenie - destabilizacja wewnętrzna Chin.
Spowolnienie Chin jest złą informacją dla całego świata, ale jeszcze gorszą, dla krajów w których rząd pekiński rozwija infrastrukturę. Wiele krajów azjatyckich i afrykańskich, uzależnionych od chińskich inwestycji popadnie w stagnację, a ambitne plany wyrwania się na wyższy poziom rozwoju mogą się okazać mrzonką. To oczywiście oznacza realny spadek cen surowców, na które nie będzie już tak wielkiego zapotrzebowania. Pochodną tego zjawiska będą kłopoty przedsiębiorstw, które inwestowały w nowe kopalnie czy linie przesyłowe, aby nakarmić - jak dotąd - wiecznie głodnego chińskiego smoka. W ten sposób chińska choroba okrąży Ziemię i obniży wzrosty gospodarcze w kolejnych krajach.Czeka nas raczej duże spowolnienie.
 
A teraz na koniec trochę optymizmu.
Świat może egzystować bez wzrostu gospodarczego. Tak było w naszej historii przez setki lat, tylko rynki finansowe o tym nie pamiętają.
Uznanie przez Pekin, że pewne historyczne poziomy są nie do osiągnięcia, dałyby sporo stabilizacji, bo oznaczałyby szansę na nakreślenie nowych scenariuszy.
Chiny to nie jedyny kraj na Ziemi. Natura nie znosi próżni. Skoro Chiny spowalniają, jest szansa na  pojawienie się innej perspektywicznej gospodarki. Może pałeczkę przejmą Indie, niby uzależnione od Chin i żyjące w ich cieniu, ale jednak z dużym potencjałem rozwojowym

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook