Z Chin do USA
Historia przenoszenia fabryk produkujących ubrania do krajów, gdzie płaca jest tania, wydaje się być powszechna i oczywista. W ten sposób znikł niemal cały sektor gospodarki Stanów Zjednoczonych. Obecnie „amerykańskie” marki odzieżowe szyte są w Indiach, Bangladeszu, Wietnamie oraz – przede wszystkim - Chinach, które same dostarczają do USA garderobę wartą 30 mld dolarów rocznie (całość importu ubrań w 2014 wynosiła 85 mld USD).
Okazuje się jednak, że dalekowschodni właściciele zakładów produkcyjnych również podążają tropem niższych kosztów. Wraz z obserwowanym od lat wzrostem żądań płacowych regionu – i ogólnym podrożeniem produkcji - przedsiębiorstwa włókiennicze takie jak np. Keer Group, są zmuszone szukać nowych lokalizacji dla zakładów pracy. Tak się właśnie złożyło, że najlepszym miejscem dla założenia nowej przędzalni okazała się być miejscowość Indian Land, w Karolinie Południowej. Przewodniczący Keer Group chwalił nową lokalizację, podkreślając jej zalety: dostęp do siły roboczej, bliskość producentów surowca oraz rozbudowaną infrastrukturę transportową.
Oczywiście, możemy odetchnąć z ulgą, koszty płac w Karolinie Południowej są nadal wyższe niż w Chinach. Keer Group została skuszona do założenia zakładu produkcyjnego, dzięki dotowanej bawełnie oraz tańszej energii elektrycznej.
Myliłby się ten, kto by twierdził, że opisany powyżej przypadek to wyjątek. Zbudowana za, bagatela, 218 milionów dolarów przędzalnia to tylko jeden z licznych zakładów pracy w nowej chińskiej fali outsourcingowej, która za cel działania obrała sobie Stany Zjednoczone. Sama Karolina Południowa, która była niegdyś sercem przemysłu włókienniczego i tekstylnego Stanów Zjednoczonych, przyciągnęła ponad dwudziestu chińskich inwestorów – głównie kosztem i dostępnością surowca. Nie ma oczywiście co przesadzać, nie ma mowy o boomie produkcyjnym. Warto jednak zwrócić uwagę, że budowanie nowych zakładów pracy stanowi obecnie 30% chińskich inwestycji bezpośrednich w USA. Rośnie również ilość zatrudnionych w chińskich fabrykach. Jeszcze na początku millennium sięgała niespełna tysiąca osób. W zeszłym roku zanotowano już ponad 80 tysięcy etatów.
Chińscy producenci, jak Keer Group doceniają możliwości inwestycyjne stworzone przez stan Karolina Południowa, jednak ich przędzalnia nie spowoduje, że na rynek wróci odzież z metką „made in U.S.A.”. Wyprodukowane tkaniny wrócą do Azji, aby tam uszyto z nich ubrania. Chińczycy mają jeszcze jeden plan. Posiadając zakład produkcyjny w Stanach Zjednoczonych znajdują się jednocześnie na rynku wewnętrznym Partnerstwa Trans-Pacyficznego (do którego Chiny nie należą). Dzięki temu mogą korzystać z bogatej sieci handlowej i sprzedawać swoje tekstylia do Meksyku czy innych krajów Karaibów i Ameryki Środkowej, bez zaporowych ceł i podatków. Inna prawda jest taka, że niezależnie od tego gdzie Keer Group będzie sobie życzyło wysłać wyroby włókiennicze, gotowa konfekcja zapewne i tak wróci do amerykańskich sklepów.
Komentarze
Prześlij komentarz