Arabia Saudyjska kontra Iran
Wydarzenia, które miały miejsce 2-ego stycznia w Arabii Saudyjskiej wydają się być proste. Rząd w Rijadzie zdecydował się na wykonanie wyroków śmierci na 47 złapanych bojownikach Al-Kaidy. Centralną postacią dramatu jest duchowny Nimir al-Nimir, domniemany przywódca siatki, szyicki dysydent, oskarżanym przez Saudów o werbowanie, zbrojenie i finansowanie terrorystów.
To jego śmierć prowadzi, dzień później, do burzliwej demonstracji na ulicach Teheranu, w wyniku której rozwydrzony tłum plądruje ambasadę saudyjską.
4-ego stycznia, Arabia Saudyjska zrywa wątłe nici dyplomatycznej i gospodarczej współpracy z Iranem i namawia pozostałe państwa z arabskiej, sunnickiej, koalicji do podobnego kroku. Tyle bieżąca chronologia.
Większość komentatorów obawia się, że nowa odsłona irańsko-saudyjskiego konfliktu, mocno uderzy w rozmowy pokojowe w sprawie Syrii, które miały się rozpocząć pod koniec tego miesiąca. Dla przypomnienia: Iran popiera prezydenta Baszara al-Assada, zaś Arabia Saudyjska wspomaga rebeliantów. Jednak istnieje jeszcze jedno oblicze konfrontacji irańsko-saudyjskiej, które było źródłem wydarzeń z 2-ego stycznia. Jemen.
Wraz z nową eskalacją tarć - pomiędzy Iranem, a Arabią Saudyjską – doszło do zakończenia mizernego rozejmu w konflikcie jemeńskim, w którym Teheran oficjalnie wsparł szyickich rebeliantów, znanych jako Houthi, przeciwko saudyjskiej koalicji krajów arabskich, dążącej do przywrócenia poprzedniej władzy.
Wojna domowa w Jemenie trwa już prawie rok, rzadko przebijając się na pierwsze strony gazet czy serwisów internetowych, zagłuszana przez bardziej medialne ataki terrorystyczne, konflikt syryjski czy działalność ISIS. Mogło się wydawać, że kres walkom położy wsparcie militarne, jakie w ramach koalicji saudyjskiej udzieliły Stany Zjednoczone, bombardując pozycje rebeliantów. Niestety zaangażowanie Waszyngtonu, zostało źle odebrane przez wiele krajów arabskich, zaś Arabia Saudyjska zyskała wśród organizacji terrorystycznych miano "wspierającej Krzyżowców".
Jednak prawdziwe przyczyny jemeńskiego konfliktu wychodzą daleko poza proste lokalne resentymenty, takie jak plemienne waśnie, spory terytorialne czy historyczne zaszłości. Obserwowane walki są wojną zastępczą, toczoną między dwoma mocarstwa, Iranem i Arabią Saudyjską, które stoją pod sztandarami odwiecznie skonfliktowanych odłamów Islamu: szyitów i sunnitów.
Co ciekawe, w przypadku Jemenu oba kraje, mocno okopane na swoich pozycjach, wydają się wspierać nie te strony konfliktu, co powinny. Wspomniani wyżej Houthi, rebelianci jemeńscy, wspierani przez irańskich szyitów, wyznają odłam islamu, któremu bliżej do wariantu sunnickiego (czyli saudyjskiego). Z kolei prezydent Jemenu, Abd-Rabbu Mansour Hadi, wspierany obecnie przez Rijad, pochodzi z klanu, który przez lata opierał się wpływom saudyjskim.
Pomoc irańska jest istotna dla jemeńskich partyzantów, chociaż Houthi – zarówno politycznie, jak i religijnie – nie grają w tej samej lidze, co wspierane przez Teheran: libański Hezbollah czy palestyński Hamas. Wydawało się nawet, że Irańczycy porzucą niezbyt wygodnych sprzymierzeńców. Tymczasem, drażnienie Arabii Saudyjskiej przynosi same korzyści dla planów Irańczyków. Angażuje ją militarnie i finansowo w konflikt, na którym dodatkowo cierpi reputacja królewskiej rodziny Saudów.
W cieniu konfrontacji Rijadu z Teheranem, rozgrywa się jeszcze rywalizacja pomiędzy dwoma organizacjami terrorystycznymi, Al-Kaidą oraz ISISem. Upadek jemeńskiego aparatu bezpieczeństwa skutkował szybkim rozprzestrzenieniem się bojowników Państwa Islamskiego, którzy podkreślili swoją obecność w regionie serią zamachów, zabijając w grudniu - miedzy innymi - gubernatora Adenu. Al-Kaida, aby nie tracić swoich zwolenników, przeprowadziła swoją serię ataków, zmuszając władze do wprowadzenia nocnej godziny policyjnej.
Komentarze
Prześlij komentarz