Jednorożce w potrzasku
Ostatnie zawirowania na rynkach finansowych mogą być zabójcze dla startupów.
Amerykańskie indeksy giełdowe zaczęły 2016 od najgorszych dwutygodniowych spadków w historii. S&P 500 spadł o 8% w ciągu pierwszych 10 dni sesyjnych, tylko jeden punkt procentowy mniej stracił technologiczny S&P.
Dla rynku IPO, czyli ofert publicznych, które chciałyby zaistnieć na parkiecie, to wieści najgorsze z możliwych. Jak wyliczył magazyn Fortune, od 2012 do 2014 na rynku giełdowym zadebiutowało 36 projektów startupowych wspieranych przez venture capital. W zeszłym roku – z powodu zadyszki rynku w sierpniu – na parkiecie zobaczyliśmy tylko 23 nowe spółki. Reszta wstrzymała się z obawy przed zbyt niską ceną debiutu. W kontekście dalszej przeceny rynku, ta strategia okazuje się zwodnicza. Kolejka się piętrzy, czekają w niej Uber, Airbnb czy Hello Fresh oraz 170 mniej znanych spółek.
Szerszy obraz rynku startupów nie zachęca do kupowania ich akcji po debiucie. Oto przykłady: Zynga straciła 75% ceny, po której weszła na parkiet, Twitter – 30%, Groupon – 85%, Etsy – 56%. Oczywiście są szczytne wyjątki jak LinkedIn czy Tesla Motors, ale one tylko potwierdzają regułę. Rentowność typowej firmy technologicznej spadła do –9 mln (mierzona medianą Ebidty).
Fortune szacuje się, że prywatni inwestorzy wpompowali – za pośrednictwem funduszy venture capital - w sektor nowych technologii 362 miliardy dolarów. Same spółki venture capital wyceniają łączną wartość rynku na oszałamiające 585 miliardów dolarów. Co jest o tyle ciekawe, że większość z nich nie jest nawet bliska rentowności. Wyceny z kosmosu, inwestycje podwyższonego ryzyka, brak rzetelnej informacji o spółkach i zwykła ludzka chciwość – oto przepis na bańkę spekulacyjną. Która - na domiar złego - zaczyna pękać.
Duża ilość chętnych na wejście na parkiet, spadające ceny akcji, oznaczają duże problemy ze spieniężeniem się. Inwestorzy mogą się obejść smakiem sowitych zysków.
W dodatku wejście na rynek giełdowy nie jest łatwe. Trzeba znaleźć bank inwestycyjny, który wprowadzi ofertę, a więc zbuduje księgę popytu wśród inwestorów instytucjonalnych i zabezpieczy emisję akcji w przypadku, gdyby popyt okazał się niewystarczający. Wszystkie te ogniwa domagają się zapewnienia godziwego zysku.
W momencie gdy rynek gwałtownie się wyprzedaje, nie ma większych szans, aby zaoferować wszystkim uczestnikom inwestycji zakładany poziom profitów. Tymczasem czas goni, a inwestorzy domagają się pieniędzy od spółek venture capital.
Całe zamieszanie uderzy nie tylko w startupy, czekające na swój moment chwały na nowojorskiej giełdzie. Sytuacja jest niepewna. Potencjalni nowi inwestorzy - widząc dzisiejsze problemy sektora - mogą się wstrzymać z sięganiem po książeczkę czekową. Dla wielu małych firm z Doliny Krzemowej będzie to oznaczało likwidację.
Nie bez winy jest też machina Wall Street, która pompowała cenę akcji w trakcie IPO i kilku kolejnych tygodni, aby potem pozostawić nabitych w butelkę inwestorów samym sobie. Jak żywe stają przed oczami obrazy z filmu "Wilk z Wall Street", gdy budowano machinę emisji akcji firmy obuwniczej, żeby zarobili wszyscy pośrednicy, ale nie koniecznie zwykli akcjonariusze albo sama spółka.
Komentatorzy magazynu Fortune podkreślają, że bez głębokiej reformy całego systemu dopuszczania nowych spółek do obrotu giełdowego, nie ma co marzyć o normalizacji sytuacji.
Komentarze
Prześlij komentarz