Równouprawnienie po niemiecku

Za odpowiedź czy powinno się wyrównywać szanse kobietom, dążącym do najwyższych stanowisk w firmach, niech posłuży opis wydarzenia z 2001 roku. Na zaproszenie Europejskiego Kongresu Kobiet Biznesu, w obecności około 1000 uczestniczek, ówczesny dyrektor finansowy Deutsche Banku i przewodniczący rady nadzorczej - Clemens Börsig, miał czelność zaproponować, aby panie powściągnęły swoje ambicje i zamiast myśleć o karierze na szczytach spółek, skupiły się na zarządzaniu na średnich szczeblach.

Na szczęście tego typu wypowiedzi już się nie zdarzają. Dziś jest oczywiste, że kobiety są godne miejsca w zarządach, a ich kwalifikacje akademickie i zawodowe są równe mocne, jak mężczyzn. Obecnie presja polityczna i społeczna jest zbyt wielka, aby odmówić paniom dostępu do stanowisk kierowniczych, najlepszych miejsc pracy i, w konsekwencji, władzy.

W maju zeszłego roku niemiecki parlament uchwalił ustawę "o równym udziale kobiet i mężczyzn na stanowiskach kierowniczych w sektorze prywatnym i publicznym". Chodziło o zapewnienie co najmniej 30%-ego udziału kobiet w zarządach. Od pierwszego stycznia spółki muszą uzupełniać skład swoich gremiów kobietami, aż osiągną wymagany poziom. Ponadto około 3 500 przedsiębiorstw miało przygotować strategię zwiększania ilości kobiet na najwyższych stanowiskach.

Mimo, że wszyscy wiedzieli o nadciągającym rozwiązaniu prawnym, a potem mieli od maja sporo czasu na przygotowania, to w przypadku 102 spółek notowanych na frankfurckim parkiecie, procentowy udział pań w na stanowiskach kierowniczych wzrósł z 23,1 do 24,9.

Niemieckie prawo stanowi, że połowa członków rady nadzorczej jest wybierana przez pracowników, a druga – przez akcjonariuszy. W pierwszej grupie średnia wybranych kobiet wynosi 12,8%, w drugiej 10,4%. Ale wśród największych niemieckich spółek jest 17% takich, w których akcjonariusze nie wybrali żadnej kobiety. Udział kobiet ciałach zarządczych tych firm stanowi niespełna 6%. Ale istnieją tylko dwie (spośród 102), które nie zatrudniły pań, ani w zarządzie, ani w radzie nadzorczej. Okazuje się, że dla większości spółek 30% granica udziału kobiet w gremiach kierowniczych jest większa niż oczekiwały. Stąd duże ociąganie się przed zmianami i raportowanie mniejszych docelowych poziomów, niż wymagane w ustawie.

Przedstawicielki organizacji zrzeszających kobiety, sugerują że zmiany są powolne, gdyż górne szczeble władzy w korporacjach są okupowane przez mężczyzn o innym postrzeganiu świata. Większość ma żony, które się nimi opiekują. Kobiety, mogą oczywiście dla nich pracować, ale co najwyżej jako asystentki czy konsultantki. Z pewnością nie jako równe rangą - kierowniczki. Co więcej realizm organizacji kobiecych jest tak duży, że mają one pełną świadomość, iż atakują one świat władzy i pieniędzy, który nie będzie się chciał łatwo poddać. Tym bardziej, że ustawodawcy nie zastrzegli w prawie żadnych sankcji, dla uchylających się od wykonania ustawy. Poza publicznym napiętnowaniem.

Dodatkowe zamieszanie spowodowane jest przez brak jasnego sformułowania, jakiego rodzaju spółek dotyczy majowa ustawa. Firmy notowane na giełdzie oraz zobligowane prawem do posiadania rad nadzorczych, oczywiście podpadają pod ustawę i muszą wprowadzić zarówno kobiety do władz, jak i przygotować strategię. Istnieje jednak spora ilość przedsiębiorstw, które nie przygotowały żadnych planów, gdyż nie wiedziały o takiej konieczności, na przykład spółki komandytowe, których jest około 18 000. Ministerstwo Kobiet oraz Sprawiedliwości wraz z firmą doradczą KPMG przygotowuje prosty przewodnik dla szefów spółek, który ma im dać odpowiedź czy ich firma jest objęta nową ustawą.

Niemiecka ustawa, o zwiększaniu udziału kobiet we władzach spółek, od początku miała licznych krytyków oraz sceptyków. Organizacje kobiece apelowały o ustanowienie sankcji, dla uchylających się od wykonania prawa. Zrzeszenia pracodawców sprzeciwiały się wygórowanym poziomom oraz zbyt krótkiemu czasowi na wdrożenie zaleceń. Kobiety mogły mieć nadzieje na rewolucję, ale ślimacze tempo zmian sugeruje, że póki co niewiele się zmieni. Mężczyźni są obojętni, bo uważają że ustawa ich nie dotyczy.

Przy uchwalaniu nowych przepisów pojawiły się liczne głosy, że jest to rozwiązanie mocno PR-owe, któremu daleko do skandynawskich odpowiedników. Mówiono często o intencjach niemieckich władz, które chciałyby coś zrobić w kwestii równouprawnienia kobiet, ale najlepiej tak, aby nic się specjalnie nie zmieniło. Krok jednak – sam w sobie – został zrobiony w dobrym kierunku. Jeśli rządowi federalnemu nie zabraknie odwagi, nowe przepisy mogą odmienić oblicze niemieckiej gospodarki.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook