Fundusze hedgingowe mają zadyszkę

Powiedzieć, że zarządzający funduszami hedgingowymi są biedni, to przesada. Ale po ludzku jest mi ich szkoda. Tak się okropnie męczą, aby pomnożyć majątki najbogatszych, a spotyka ich tylko niewdzięczność.

Według firmy badawczej Eurekahedge, fundusze headingowe – jako klasa aktywów inwestycyjnych - w pierwszym kwartale 2016 rok straciły 0,4% wartości. To oczywiście jeszcze nie jest finansowa katastrofa, ale dla porównania - mniej majętni i wyrobieni inwestorzy mogli wykupić udziały w prostym funduszu, który odzwierciedla skład indeksu S&P 500 i zarobić 1,4%. Skromnie, ale jednak na plusie. Gdyby jacyś zagraniczni inwestorzy postanowili ulokować kapitały na naszym parkiecie, w pierwszym kwartale otrzymaliby solidne 9,9% wzrostu.

Klienci funduszy headingowych zauważyli rzecz jasna, że z ich portfelami dzieje się coś niepokojącego. W rezultacie mogliśmy być świadkami największego odpływu środków od czasu Wielkiej Recesji. W pierwszym kwartale umorzono jednostki za blisko 15 miliardów dolarów. Czy to dużo?
W stosunku do całkowitej sumy kapitałów jakim obracają fundusze jest to nic nieznaczący ułamek, zaledwie nieco ponad 0,5% z 2,86 biliona dolarów. Jednak zbitka faktów: spadek wartości aktywów oraz największa liczba umorzeń od załamania rynku w latach 2008-09 zapalają inwestorom jeśli nie czerwone, to przynajmniej mocno pomarańczowe lampki.

Zarządzający funduszy robią dobrą minę do złej gry. Faktycznie inwestowanie na największych giełdach od początku roku należało do sportów ekstremalnych, stąd konieczność szukania alternatywnych dróg lokowania kapitałów. Tymczasem udziałowcy funduszy płacą spore prowizje za umiejętność zarabiania więcej niż przeciętni ciułacze na podobnej klasie aktywów. Oczywiście gdy zarabiają. Tracenie pieniędzy za słone opłaty transakcyjne nie kalkuluje się nikomu, nawet najbogatszym.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook