Wyciek z Facebooka może go położyć na łopatki

Politycy często zarzucają mediom, że są one stronnicze i wypaczają obraz prowadzonych przez nich działań. Często pada argument, że wolna prasa jest instytucją zaufania publicznego i jako taka powinna dążyć do obiektywizmu, przy przekazywaniu informacji. Obłuda tego typu stwierdzeń powinna wzbudzać powszechne oburzenie, wiadomo przecież nie od dziś, że działacze polityczni, to chodzące wzory z Sevres obiektywizmu.

Facebook został oskarżony przez swoich byłych pracowników, że algorytm kształtujący wiadomości ukazujące się na stronach serwisu społecznościowego odrzuca poglądy konserwatywne, a promuje liberalne. Dodatkowo korporacji Zuckerberga zarzuca się, iż ukrywa posty, jeśli dotyczą one jej samej.

Prezes Facebooka traktuje pomówienie bardzo poważnie i ogłasza przeprowadzenie wewnętrznego dochodzenia, aby sprawdzić integralność systemu kształtowania wiadomości. Zuckerberg zapewnia, że w razie wykrycia nieprawidłowości w zasadach, którymi kieruje się medium społecznościowe, zostaną podjęte dalsze kroki. W dwóch słowach: korporacyjna nowomowa. Tom Stocky, szef działu kształtowania wiadomości FB zaprzeczał, aby ktokolwiek był w stanie integrować w dyskryminację poglądów zależnie od źródła pochodzenia, gdyż narzędzia systemowe zostały tak zaprojektowane, aby to uniemożliwić. Tymczasem republikańscy senatorowie chcieliby wszcząć dochodzenie w tej sprawie przed komisją, aby dowiedzieć się jak przebiega proces wyłaniania najważniejszych informacji.

Zarzuty są bardzo poważne, biorąc pod uwagę, że setki milionów ludzi polega na informacjach, które pojawiają się – jako posty – na stronach serwisu. 78% ludzi ufa informacjom udostępnionym przez znajomych, i to w stopniu dużo większym, niż gdyby wiadomości pochodziły od ekspertów (65%) i samych dziennikarzy (44%). To daje Facebookowi potencjalną moc kształtowania opinii publicznej, a w świetle mających mieć miejsce w listopadzie wyborów prezydenckich, nawet przechylić szalę wygranej na którąś ze stron.

Obawy może i są podstawne, ale nie istnieje żadne rozwiązanie prawne, które mogłoby Facebookowi przeszkodzić w ewentualnym manipulowaniu przekazem. Korporacja Marka Zuckerberga podlega pod zapisy pierwszej poprawki, która daje możliwość publikowania dowolnej treści, zależnie od woli wydawcy. Wolność prasy jest zagwarantowana niezależnie od rodzaju wykorzystywanego medium, czy jest to tradycyjny papier czy przekaz cyfrowy.
Wprawdzie Facebook twierdzi, że za przetwarzaniem i dystrybucją wiadomości stoją algorytmy, ale jest to nadal forma edycji informacji.

Oczywiście, to że medium społecznościowe działa w ramach obowiązującego prawa nie musi koniecznie działać na jego korzyść. Według danych, do których dotarł brytyjski Guardian, istnieje 21-no stronicowy dokument, opisujący szczegółowo wytyczne Facebooka odnośnie identyfikacji, weryfikacji, szczegółowego badania i otagowania treści, które mają być dystrybuowane. Pracownicy mogą wrzucić materiał na czarną listę, jeśli temat jest powielany lub nie opisuje prawdziwego zdarzenia. Dalej jest opisany krok po kroku proces zatwierdzania tematów. Zapis działania umożliwia wgląd w ocenę wagową wiadomości przyznaną przez osobę nadzorującą. Facebook przypisuje każdej informacji jeden z czterech poziomów: normalna, krajowa, duża historia i bomba atomowa, w zależności od kalibru tematu. Jak łatwo się domyśleć ostatnia jest używana niesłychanie rzadko.

Instrukcja - ujawniona przez Guardiana – opisuje okoliczności, w których osoby nadzorujące dział wiadomości mogą wrzucać tematy ręcznie (gazeta nazywa to wstrzykiwaniem). Zazwyczaj dotyczy to sytuacji ujednolicania informacji, gdy pojawia się kilka na ten sam temat. Rzecznik Facebooka bagatelizuje sprawę, twierdząc iż wersja instrukcji, znajdująca się w rękach dziennikarzy, jest jedną z wcześniejszych i już nie używana. Wtóruje mu wiceprezes do spraw globalnych, Justin Osofsky, który zapewnia, że korporacja w żadnym zakresie nie pozwala recenzować wiadomości pod kątem ich politycznego źródła pochodzenia. Dodaje też, że Facebook po to stworzył instrukcje, aby się upewnić, że żadna osoba mająca styczność z publikacją wiadomości nie mogła nimi manipulować.

W momencie gdy sprawy zaszły tak daleko Facebook może mieć kłopot z nagłym odpływem użytkowników. W przeszłości bywały już sytuacje, gdy po niepopularnych publikacjach gazety traciły subskrybentów. To samo może dotyczyć firmy Marka Zuckerberga. Google+, Twitter czy Snapchat na pewno mogą przejąć dużą część ruchu informacji na swoje strony.

Facebook musi zacząć prowadzić otwartą grę ze swoimi użytkownikami, jeśli nie chce wyjść z tej potyczki poobijany i osłabiony przez konkurencję. Ktoś, kto chce się stać królem mediów, powinien umieć dostosować się do zasad, a nie skrywać za tajemnicą nieprzejrzystych algorytmów i procedur.

Dokumenty, które „wyciekły” z Facebooka pokazują jedno. Procesy doboru informacji opierają się na algorytmach, które tworzy człowiek, kolejne kroki działania algorytmu są nadzorowane i zatwierdzane przez ludzi i to ludzie nadają rangi najbardziej nośnym informacjom (typu bomba). Oczywiście każdorazowe zaangażowanie czynnika ludzkiego może rodzić obawy stronniczość. Pytanie tylko czy warto popadać w paranoję.

Facebook – jak twierdzi Guardian – już kiedyś odszedł od procedur czystego algorytmu, przy publikowaniu informacji, gdy spotkał się z zarzutami, że niezbyt dużą rolę przykłada do sprawy zamieszek w mieście Fergusson, w roku 2014. Wówczas też fala krytyki spłynęła na działalność publicystyczną medium społecznościowego.
Ludzie czytający gazety godzą się w pewnym sensie z czynnikiem zwanym "linia redakcyjna". Jednak od Facebooka oczekuje się prezentowania informacji tu i teraz, bez uprzedzeń, stronniczości czy wygładzania. Zaangażowanie ludzi w publikację treści wybranych przez algorytmy podkopuję wiarę w dobre intencje firmy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook