Zawracanie kijem Wisły

W trakcie wyborów parlamentarnych czy prezydenckich kandydaci lubią pojechać „w teren” i naobiecywać lokalnym społecznościom czego to oni nie zrobią dla ich dobra. Bardzo często zobowiązanie dotyczy przywrócenia miejsc pracy w upadłej czy przeniesionej do innego kraju fabryce. Czy to Stany Zjednoczone czy Polska obietnice te są bez pokrycia, ale nic nie kosztują, a jakieś głosy zawsze wpadną. Spróbuję pokazać na przykładzie, a jakże amerykańskim, dlaczego pewne tematy są zamknięte i jak to mówią nasi południowi sąsiedzi „to se ne vrati”, co my tłumaczymy, że stare czasy już nie wrócą, a oni – że się nie opłaca.

Sektor wytwórczy w Stanach Zjednoczonych skupia obecnie około 12 milionów miejsc pracy. Jeszcze w 1979 roku fabryki zatrudniały 19 milionów Amerykanów. W ciągu lat 80-tych i 90-tych branża straciła 2 miliony stanowisk. Gwałtowniejsze spadki były związane z pęknięciem bańki dot comów na początku XXI wieku, gdy pracę straciło 3 miliony osób oraz Wielka Recesja lat 2008-09, gdy z rynku wyparowały kolejne 2 miliony. Mimo sporych nakładów ze strony państwa zatrudnienie w branży pozostaje w stagnacji.

Gdyby nawet – co postulują niektórzy kandydaci na prezydenta - z jakiegoś powodu wymazać z krajobrazu ekonomicznego świata wszystkie chińskie fabryki, wzrost zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych byłby niezauważalny. W poprzednich dekadach produkcja była zdominowana przez pracowników nisko wykwalifikowanych. Automatyzacja i komputery są obecnie dużo wydajniejsze, co spowodowało uwolnienie hal fabrycznych z czynnika ludzkiego.

Na początku lat 80-tych większość robotników (75%) miała wykształcenie średnie. W dzisiejszych czasach jest to nie do pomyślenia. W roku 2014 ponad połowa miała wykształcenie ponad licealne. To dobra wiadomość dla właścicieli, gdyż wykształcona kadra potrafi sprostać wymaganiom nowoczesnej linii produkcyjnej i podejść innowacyjnie do ewentualnych problemów. Gorzej ma się sprawa w przypadku osób szukających posady, aby rozpocząć karierę. W przeszłości wysokie wynagrodzenia rekompensowały wysiłek fizyczny i możliwość uszczerbku na zdrowiu, pomijając tym samym niski poziom wykształcenia. Liczyła się fizyczność. Dziś pracownicy niewykwalifikowani znajdują pracę w usługach. Szkopuł w tym, że są to posady gorzej płatne.

Innym problemem branży produkcyjnej jest jej niska atrakcyjność w hierarchii millennialsów, czyli pokolenia urodzonego między rokiem 1982, a 2004. W przekroju całego rynku pracy w Ameryce, stanowią oni obecnie 29% ogółu siły roboczej, ale zatrudnienie w fabrykach znajduje tylko 22%. Okazuje się, że nad branżą ciąży wciąż odium ciężkiej pracy fizycznej. Młodzi ludzie często nie zdają sobie sprawy, że produkcja to w dużej mierze wysiłek umysłowy.

Najbardziej istotną przyczyną, dla której miejsca pracy nie wrócą do złotych czasów przemysłu z lat 70-tych jest niska pracochłonność branży. Mimo, że wciąż istnieją wielkie molochy zatrudniające setki robotników, średnia ilość miejsc pracy w fabryce spadła z 61 w latach 80-tych do 36 w 2014.

Różnica pomiędzy Polską, a Stanami Zjednoczonymi polega na tym, że naszą ojczyznę ominęły wszystkie recesje, które uszczuplały miejsca pracy w przemyśle. Dodatkowo znikające z powodu zbyt dużych kosztów amerykańskie fabryki przenosiły się do krajów o niższych pensjach. Czasami była to Polska. Nasz kraj od 1995 roku – według danych GUS – utrzymuje stały poziom zatrudnienia w przemyśle, blisko 5 milionów stanowisk. Polska nadal korzysta z polityki niskich kosztów, choć pensje brutto w przemyśle wzrosły od 3 100 (styczeń 2009) do 4100 (październik 2015).

Samo porównanie wzrostu płac oraz ilości zatrudnionych pokazuje na jak różnym etapie rozwoju są gospodarki polska i amerykańska. Zmiany, które zachodzą w kraju rozwiniętym są z naszej perspektywy praktycznie niezauważalne. Polska cały czas korzysta z zalet bycia krajem rozwijającym się. Oby jak najdłużej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook