Czyżby dalsza automatyzacja sklepów
Prawdopodobnie wszyscy się przyzwyczaili do samoobsługowych kas w supermarketach. Jednak automatyzacja handlu może pójść dużo dalej. Mogą się o tym przekonać klienci sklepu spożywczego w małym szwedzkim miasteczku Viken (blisko 5 000 mieszkańców). Jego właściciel, informatyk Robert Ilijason, postanowił zrezygnować nie tylko z kasjerów. Placówka handlowa jest bezzałogowa i – na dodatek – otwarta całą dobę.
Aby zrobić zakupy, klienci muszą zarejestrować się w serwisie oraz pobrać aplikację na swojego smartphona. Dzięki temu będą mogli nie tylko dostać się do sklepu, ale również skanować wybrane przez siebie produkty. W markecie nie ma kas. Pod koniec miesiąca, każdy z kupujących otrzymuje fakturę z listą nabytych towarów, które muszą opłacić – oczywiście - przez internet.
Ilijasona tłumaczy, że jego pomysł ma przywrócić małym szwedzkim miasteczkom i wioskom lokalne sklepiki spożywcze. Zaczęły one znikać z powodu dużych kosztów obsługi i konkurencji ze strony supermarketów otwieranych w pobliżu większych miejscowości. Właściciel, którego osobiste doświadczenie zmusiło swojego czasu do dalekiej podróży w celu zrobienia zakupów, widzi w swojej inicjatywie szansę na ożywienie małomiasteczkowego handlu.
Oczywiście placówka nie jest w pełni samoobsługowa. Jej właściciel musi ręcznie uzupełniać sklepowe zapasy. Jednak potem oddaje go klientom i ich smartphonom i tabletom. Praca przy wykładaniu towarów na półki jest w zasadzie jedyną fizyczną czynnością, którą musi wykonywać Ilijason. Poza remanentami w ogóle nie spędza czasu w sklepie. Nad bezpieczeństwem czuwają kamery oraz system zarządzający zakupami. Jest mało prawdopodobne, że ktoś będzie chciał ukraść towar skoro wejście do placówki wymaga podana danych osobowych. Ponadto aplikacja, zarządzająca dostępem do sklepu, zawiadamia właściciela każdorazowo, gdy drzwi wejściowe pozostają otwarte na dłużej niż osiem sekund lub gdy ktoś próbuje się włamać. Właściciel deklaruje jednak, że od momentu otworzenia sklepu w styczniu bieżącego roku, nie miał żadnych kłopotów.
Niestety z punktu widzenia Ilijasona, nie wszystko idzie tak gładko jak sobie początkowo zakładał. Ponieważ handlowanie w sklepie traktuje on jako zajęcie dodatkowe musi korzystać z pomocy w ciągu dnia, gdy przebywający w sklepie klienci – najczęściej osoby starsze – mają problemy.
Trudno powiedzieć czy skandynawski model handlu detalicznego da się łatwo powielać w innych krajach czy stanowi jedynie ciekawostkę przyrodniczą. Dla zarządzających sieciami małych punktów handlowych może być to kusząca alternatywa. Konieczność sporadycznego uzupełniania asortymentu i mało absorbujący serwis mógłby sprzyjać rozwojowi pomysłu. Oczywiście inicjatywa Ilijasona nie stanowi zagrożenia dla sklepów wielkopowierzchniowych, gdy te są nastawione na klienta masowego, który robi duże, regularne zakupy. Dużo bardziej mogą się czuć zagrożone małe sklepy na przykład przy stacjach benzynowych, które często są ostatnią deską ratunkową dla klientów będących w potrzebie.
Tak czy inaczej rozwiązanie należy uznać za ciekawe. Szczególnie w kontekście zapotrzebowania na zatrudnienie nisko wykwalifikowanych pracowników. Od dawna wiadomo, że - w przypadku supermarketów czynnych całą dobę - największą pozycją kosztową stanowi rachunek za prąd, a nie płace obsługi. Z drugiej jednak strony, w momencie gdy konkuruje się wolumenem sprzedaży, a marże są niskie – wycięcie kadry sklepu może stać się kuszącą alternatywą. Skoro nie będzie ona potrzebna w małych miasteczkach, czemu miałaby znaleźć zatrudnienie w metropoliach?
Dziękuję wiernej czytelniczce mojego bloga za zwrócenie mojej uwagi na opisany powyżej przypadek.
Komentarze
Prześlij komentarz