Wyższe wykształcenie nie da pracy

Wyniki gospodarki Stanów Zjednoczonych nie odzwierciedlają ciężkiej pracy banku centralnego, utrzymującego niskie stopy procentowe i pompującego dolary na rynek. Po obsunięciu się w IV kwartale 2015 roku dynamiki PKB z 2% do 0,9% cały czas widać stagnację. Ostatni kwartał zakończył się wzrostem o 1,2% - skromnym, ale bardzo odpowiednim dla tak olbrzymiej ekonomii, jak amerykańska. Problem polega na tym, że wielka machina zaprzęgnięta do dźwignięcia giganta po Wielkiej Recesji wytraca impet, a politycy, inwestorzy i komentatorzy rynkowi woleliby – szczególnie w roku kampanii wyborczej - widzieć lepsze wyniki. Wszyscy oczekują bezpiecznego tempa na poziomie 3%, które przez lata gwarantowało dobrobyt. Istnieją poważne obawy, że niski poziom rozwoju może uwypuklić wszystkie wady przyjętego przez władze amerykańskiego modelu wspierania gospodarki.

Okazuje się, że strukturalne spowolnienie wzrostu gospodarczego może mieć swoje źródło w kurczeniu się siły roboczej, zarówno z powodu starzenia się społeczeństwa, jak i redukcji etatów. W dawnych, lepszych czasach można było kompensować mniejszą liczbę   pracowników poprzez poprawę ich jakości – czyli wysyłanie na studia wyższe. Jednak według wyników analiz Narodowego Biura Badań Ekonomicznych z lipca tego roku, obecny poziom wykształcenia nowych pracowników jest już na tak wysokim poziomie, że przestanie on mieć wpływ na wzrost amerykańskiej gospodarki.

W dzisiejszych czasach można uznać, że są trzy podstawowe czynniki, które determinują wzrost gospodarczy: kapitał (sprzęt i maszyny), praca (ilość i jakość siły roboczej) oraz technologia (dawniej ziemia). Zwiększanie, któregokolwiek z nich wspiera rozwój, ale tylko do pewnego stopnia.

Łatwo podnieść efektywność pracy dostarczając zatrudnionym coraz lepszych, wydajniejszych maszyn. Jednak nie można tego robić w nieskończoność. Wraz z rozwojem gospodarczym i zwiększeniem zatrudnienia dochodzi się do punktu, gdy nie ma już kogo zatrudnić, a obecnie pracujący nie są w stanie obsłużyć kolejnej maszyny. W ten sposób wyczerpują się czynniki proste, co widać doskonale na przykładzie drogi, jaką przeszła gospodarka Chin.

Szansą na kontynuowanie wzrostu jest edukacja siły roboczej oraz rozwój technologiczny, który pozwoli na bardziej zautomatyzowanie korzystanie z parku maszynowego. Istotnym elementem, wpływającym na boom ekonomiczny Stanów Zjednoczonych po II Wojnie Światowej, było zwiększenie się liczby osób, które poszły do college’ów. Jednak w świetle odkryć NBBE obecna sytuacja na rynku pracy powoduje, że zatrudnianie kolejnych pracowników z wyższym wykształceniem nie będzie już miało znaczącego wpływu na dalszy wzrost gospodarczy. Faktycznym kłopotem amerykańskiej ekonomii – według badań naukowców Uniwersytetu Harvard: Dale’a Jorgensona, Mun Ho i Jona Samuelsa – jest niska aktywność zawodowa, która jest skutkiem Wielkiej Recesji oraz obecnej mody, aby zatrudniać na kontrakty, zamiast na umowy o pracę.

Większość młodych ludzi, którzy wypadli z rynku pracy nie posiada wykształcenia. Gdyby ich zaktywizować zawodowo, gospodarka amerykańska mogłaby bez trudu – zdaniem uczonych z Harvardu – podnieść PKB o 2,5% rocznie. Kusząca perspektywa, ale kluczowe zostaje kwestia jak - w dobie automatyzacji i globalizacji - znaleźć miejsca pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników.

Edukacja nie jest już najbardziej efektywną opcją. Według szacunków harwardzkich naukowców, mimo dobrych doświadczeń z przeszłości z podnoszeniem kwalifikacji i kompetencji pracowników, ten trik ponownie nie zadziała, gdyż gospodarka USA ma już wszystkich wykształconych pracowników jakich potrzebuje. Jorgenson i koledzy sugerują, że lepszym rozwiązaniem jest ożywienie wzrostu gospodarczego co spowoduje, że nisko wykwalifikowani obywatele wrócą na rynek pracy.

I tu - pozornie - koło się zamyka, bo właśnie dane dotyczące dynamiki PKB za trzy ostatnie kwartały pokazują, że gospodarka zmierza w kierunku stagnacji. Aby przeciąć błędne koło potrzeba czyjejś interwencji w samodzielne działania ekonomii i w tym miejscu na scenie pojawiają się politycy, którzy chcą zaktywizować szersze masy siły roboczej poprzez podnoszenie płacy minimalnej. Rozwiązanie jest dobre, ale niestety krótkotrwałe, gdyż w dłuższej perspektywie bardziej opłacalne będzie wykorzystanie robotów, niż nisko wykwalifikowanych pracowników z dużymi pensjami.

W związku z tym, aby uciec przed jeszcze większymi problemami w przyszłości, trzeba – według badaczy z Harvardu – pobudzić inwestycje ukierunkowane na badania i rozwój, co pociągnie za sobą zwiększanie nakładów na IT oraz nowe, bardziej zaawansowane maszyny. Warto odnotować, że zaangażowanie kapitałowe w nowe projekty inwestycyjne nie powróciło do swojego poziomu sprzed Wielkiej Recesji. Jorgenson przewiduje, że ulgi oraz zachęty podatkowe nadadzą gospodarce odpowiedniego tempa rozwoju, co pociągnie za sobą bardziej stabilne zapotrzebowanie na pracowników o różnym poziomie wykształcenia i kwalifikacji. Istnieje duża szansa, że pozytywny bodziec nadany amerykańskiej ekonomii pozwoli na otworzenie nowych segmentów rynku, co da perspektywę zatrudnienia ludziom, których dotychczasowe miejsca pracy będą zastępowane przez automaty.

Inicjatywa jest szczytna, pytanie czy uda się ją uruchomić. Najistotniejsza jest problem zmotywowania firm, aby rozpoczęły inwestycje nakierowane na wzrost zatrudnienia i podnoszenie kapitałochłonności. Z badań Christensena i van Bevera - opublikowanych w Harvard Business Review w 2014 roku pod dużo mówiącym tytułem „Dylematy kapitalisty” –wynika, że po Wielkiej Recesji nakłady finansowe korporacji na innowacje szły w kierunku zmniejszania kosztów produkcji (co pociągało za sobą ograniczanie miejsc pracy). Innym ewentualnym celem było proste zastępowanie przestarzałych produktów nowymi, co również nie generuje przyrostu zapotrzebowania na pracowników. Producenci skupili się na podnoszeniu efektywności oraz wyników finansowych, a nie na tworzenie nowych rynków i szukanie klientów. Gdyby przedsiębiorstwa miały spełniać bardzo konkretne potrzeby krajowej gospodarki, która potrzebuje nowych miejsc pracy i większej liczby zatrudnionych rząd musi zachęcić właścicieli do działania, pilnując jednocześnie, aby inwestycje nie odnosiły przeciwnego skutku do zamierzonego.

Kapitał będzie nadal kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za wzrost gospodarczy. Trzeba go jednak pobudzić do działania. Brak zachęt dla korporacji do inwestycji będzie skutkował odkładaniem pieniędzy na rachunkach lub skupowaniem aktywów w celu utrzymania ich wartości. Z drugiej strony kandydaci do Białego Domu - świadomi rosnących nierówności społecznych - są bardziej skłonni do podwyższania podatków. Forsowanie nowych zachęt fiskalnych dla przedsiębiorstw może być bardzo źle widziane przez elektorat obu pretendentów. Paradoksalnie poczynania, które mogą rozbudzić tężejącą gospodarkę mają fatalne publicity.

Z badań naukowców z Harvardu wynika, że wyższe nakłady na podniesienie kwalifikacji czy wykształcenia nie przełożą się na zmniejszania dysproporcji w rozwarstwionym amerykańskim społeczeństwie. Przeciwnie – wraz z rosnącymi kosztami studiów - mogą się stać kolejną finansową pułapką, w postaci zaciągniętych kredytów.

Dobrze wyedukowani obywatele, którzy nie mogą znaleźć pracy odpowiadającej ich aspiracjom, kompetencjom i potrzebom finansowym, to koszmar każdego systemu politycznego i idealny przepis na przepiękną katastrofę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook