Wielka Brytania próbuje usunąć Ubera z rynku

Działalność Ubera, jako sztandarowego projektu, tak zwanej ekonomii dzielenia się, jest bacznie obserwowana. W zeszłym tygodniu dziennikarka Guardiana, Hilary Osborne, prześwietliła funkcjonowanie firmy w Zjednoczonym Królestwie, po tym jak brytyjski sąd pracy orzekł w przełomowym procesie, iż kierowcy Ubera nie mogą być traktowani jako samozatrudnieni, ale jako pracownicy spółki.

Wyrok sądu będzie miał olbrzymi wpływ na dalszą aktywność spółki rodem z San Francisco na Wyspach. Korporacja powinna bowiem wyrównać zarobki swoich pracowników do poziomu minimalnej krajowej (jeśli nie udało im się jej uzyskać). Co więcej w grę wchodzi opłacenie urlopów, chorobowego, emerytur oraz innych nabytych praw pracowniczych, dla – bagatela – około 40 000 kierowców, którzy świadczą usługi w imieniu Ubera. To wielki cios dla spółki, mogący wywrócić jej działalność do góry nogami. Póki co rzecznik brytyjskiego oddziału zapowiada odwołanie się od orzeczenia. Uznanie apelacji może być jedynym sposobem na przetrwanie Ubera na brytyjskim rynku.

Orzeczenie, które dotyka kalifornijską korporację jest częścią szerszej batalii, która rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, mającej na celu – jak zakłada, organizujące ją zrzeszenie związków zawodowych, Unite - normalizację rynku pracy. Chodzi o wyeliminowanie fałszywego samozatrudniania oraz kontraktów zero-godzinowych. Pobieżne szacunki dokonane przez organizację Citizena Advice, specjalizującą się w pomaganiu ludziom w przezwyciężaniu ich codziennych problemów, mówią o niemal 500 000 osób, które mogą być błędnie sklasyfikowane jako pracujący na własny rachunek. Uber jest tylko jednym z przypadków. Sprawa dotyczy kilku działających na Wyspach firm kurierskich – Deliveroo, Cycle couriers, Hermes czy Yodel – i jest rozwojowa.

Model biznesowy, lansowany przez firmy działające w ramach sharing economy, zakłada pozbycie się pracowników, i podnajmowanie kontraktorów, gdy pojawi się nadmiar zleceń. Podobnie, choć w bardziej sformalizowany sposób, działa kontrakt zero-godzinowy. Zatrudniony jest związany umową, ale pracodawca woła go dopiero gdy jest zapotrzebowanie. Nie ma gwarancji pracy ani minimalnej ilości godzin, które trzeba udostępnić do odpracowania. Biuro Krajowych Statystyk (Office for National Statistics szacuje ilość Brytyjczyków objętych zerówkami na około 750 000. To kolejna rzesza ludzi.

Brak umów o pracę i przerzucenie odpowiedzialności oraz ryzyka działalności na osoby samozatrudnione, to tylko jedna strona medalu i – prawdopodobnie – nie zwróciłoby szerszej uwagi (może poza związkami zawodowymi, dla których niezrzeszeni, pracujący poniżej ustalonych stawek, to prawdziwe zagrożenie funkcjonowania). Od kontraktów z zatrudnionymi na własny rachunek nie odprowadza się opłat na świadczenia socjalne i zdrowotne, a to uderza bezpośrednio w budżet państwa. Rząd – jak powszechnie wiadomo – nie może sobie pozwolić na takie praktyki. Dlatego decyzją rady ministrów oraz parlamentu powstały specjalne grupy robocze, mające na celu prześwietlić praktyki na rynku pracy. Nietrudno zgadnąć, że władza – uzbrojona w nowe przepisy – stworzy wkrótce instytucję, która będzie namierzała wszystkie przypadki obejścia umów o pracę, uszczuplające dochody państwa. Wspominany już Citizens Advice wylicza, że roczne straty budżetowe z tytułu błędnej klasyfikacji samozatrudnionych to 315 milionów funtów. Powiedzmy szczerze – każdy by się pochylił nad taką kwotą.

Można patrzeć na działanie Ubera i jemu podobnych jako na zagrożenie i zaburzenie funkcjonowania rynku. Bez trudu celna legislacja uniemożliwi operowanie spółkom, które stawiają na samozatrudnionych. Pytanie tylko czy uda się w ten sposób powstrzymać widoczny w ekonomii trend? Czy powrót do starych, dobrych (ale krótkich) czasów, gdy gospodarstwo domowe utrzymywało się za pensję jednego pracującego jest w ogóle możliwe? Eurostat szacuje, że w samej Wielkiej Brytanii jest blisko 2 miliony osób, które chciałyby pracować więcej, ale nie ma dla nich odpowiedniego zajęcia. Krytykując praktyki Ubera, który obchodził przepisy w wielu krajach nie sposób dostrzec, że jednocześnie daje on zajęcie i pieniądze setkom tysięcy ludzi. Być może nie wszyscy są desperatami, którzy próbują łatać dziurawy domowy budżet. Dla niektórych to moda, życiowa przygoda czy zwykły lans. Jedno jest pewne, z jakiegoś powodu rzesza ludzi pracujących dla spółek z grona sharing economy nie mogła znaleźć dla siebie miejsca na normalnym rynku pracy. Restrykcje i specjalne przepisy utrudnią lub nawet uniemożliwią im dalsze funkcjonowanie. Pytanie tylko czy ten sam ustawodawca, który zamknie działające przedsiębiorstwa, znajdzie dla pozbawionych zajęcia nowe miejsca pracy w coraz bardziej zautomatyzowanym świecie?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook