Argumenty za dochodem podstawowym
Idea bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP) rozchodzi się po całym świecie i przestaje być tylko marzeniem futurologów. Władze kolejnych państw z dużym zainteresowaniem przyglądają się programom pilotażowym, które mają pomóc z dystrybucji pomocy społecznej oraz wspierać likwidację ubóstwa, obniżając jednocześnie koszty administracji. Rozdawanie publicznych pieniędzy wszystkim obywatelom, niezależnie od ich statusu majątkowego jest pomysłem radykalnym i kontrowersyjnym. Krytykują go zarówno zwolennicy wolnego rynku i paradygmatu neoliberalnego – głównie za „lewicowe” odchylenia i wzmacnianie roli państwa. Z kolei druga strona sporu widzi w idei BDP formę demontażu osłon socjalnych i zwiększenia wpływu osób majętnych.
Aby lepiej przygotować się do dyskusji o sensowności dochodu podstawowego, warto spojrzeć na argumenty Shanty Devarajana, głównego ekonomisty Banku Światowego dla Afryki Północnej i Środkowowschodniej.
Punkt pierwszy dotyczy wykorzystania państwowych dochodów z wydobycia i handlu surowcami naturalnymi. Duża cześć państw afrykańskich czy Bliskiego Wschodu, czerpie olbrzymie korzyści z wydobycia cennych zasobów naturalnych, głównie gazu i ropy naftowej. Ponieważ w większości przypadków są to przedsiębiorstwa państwowe, PKB na głowę mieszkańca takich krajów – jak Gabon czy Gwinea Równikowa, może zaskakiwać swoim poziomem: odpowiednio 8 200 dolarów i 14 400 dolarów. Dla przypomnienia wynik Polski za 2015 rok to 12 500 dolarów.
Mimo tak spektakularnych dochodów, rzadko który obywatel bogatych w surowce krajów odczuwa realne korzyści. Dzieje się tak z powodu bezpośredniego transferu zysków od rynków do rządu bez ich redystrybucji. Mieszkańcy państwa często nie mają świadomości, w jak bogatym kraju mieszkają.
Gdyby państwa, eksportujące surowce, przepuściły ułamek dochodów z handlu nimi – nawet 10% - w formie renty wypłacanej obywatelom, a następnie odebrały część w podatkach, poprawiła by się nie tylko świadomość społeczna, ale też zażegnano by problem ubóstwa.
Punkt drugi dotyczy bezpośredniej walki z ubóstwem. Przy skomplikowanych, wielopłaszczyznowych programach socjalnych, wymagana jest asysta całego sztabu urzędników i specjalistów, którzy dbają o sprawiedliwe i uczciwe transferowanie pomocy. Niestety, duża ilość etatów pochłania też dużą ilość pieniędzy. W wyniku działania skomplikowanej maszynerii, tylko nieliczni potrzebujący otrzymują pomoc. Dla przykładu wskaźnik wycieku dla indyjskiego systemu redystrybucji wynosi 40%. Oznacza to, że tylko 60% osób ubogich korzysta z dobrodziejstwa wsparcia socjalnego.
Utworzenie systemu, nie obciążonego kosztami administracyjnymi, w prosty sposób dystrybuującego środki pieniężne, podniesie wielkość składek. Oczywiście, co nie spodoba się dużej części społeczeństwa – wsparcie dostaną wszyscy, bogaci też.
Punkt trzeci dotyczy zrównoważenia rynku pracy. Postęp w rozwoju sztucznej inteligencji i automatyzacja miejsc pracy, stawiają pod znakiem zapytania kwestie zatrudnienia w przyszłości. Dylemat jest prosty: wzrost wydajności i produktywności będzie się odbywał bez udziału czynnika ludzkiego. To bardzo trudna sytuacja społeczna, ekonomiczna i etyczna. Tym bardziej, że obecny system fiskalny kładzie nacisk na opodatkowanie pracy ludzkiej, bardziej, niż niezbędnego dla rozwoju maszyn i SI – kapitału.
Wydaje się, że pomysł, aby opodatkować cześć wzrostu produktywności, tak aby trafiał on jako dochód do wszystkich obywateli, rozładuje napięcia społeczne i spowolni – w jakiejś mierze – rozwój technologiczny. W ten sposób podważa się też podstawowy dogmat, że dochód musi pochodzić z pracy własnej. Być może mógłby on pochodzić z pracy maszyn, które zastępują nas w uciążliwych i powtarzalnych czynnościach. Można sobie wyobrazić społeczeństwo, które czerpie korzyści z wysokiej produktywności – w postaci BDP – bez konieczności pracy, lub jedynie oddając się zajęciom, które chce robić.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób powyższe punkty brzmią jak mrzonki, ale przemiany technologiczne, których jesteśmy świadkami są szybkie. Przy obecnym nastawieniu społecznym do kwestii bezrobocia, masowa utrata pracy będzie katastrofą socjalną i zarzewiem niepokojów.
Skoro już mamy kilka argumentów teoretycznych, spójrzmy jak kształtuje się praktyka zjawiska.
Kolejnym krajem, który przymierza się – ponownie, po projekcie Dauphine w latach 70-tych XX wieku – do wprowadzenia BDP jest Kanada. Tym razem rządząca prowincją Ontario Partia Liberalna, ma zamiar otworzyć program pilotażowy, oferujący wybranym dorosłym obywatelom blisko 17 000 dolarów rocznie. Wspomniana kwota jest dwukrotnie wyższa od obecnej wielkości pomocy socjalnej, ale jest nadal poniżej poziomu ubóstwa, który wynosi 20 500 dolarów na osobę.
Ontario jest najbogatszą prowincją Kanady, odpowiedzialną za ponad 40% całej produkcji gospodarczej państwa. Jednak początek wieku oraz Wielka Recesja odcisnęły mocne piętno na kondycji ekonomicznej. Zamknięcie dużych fabryk i montowni spowodowało zubożenie dotychczasowych pracowników, którzy nie mogą znaleźć pracy na pełen etat. Stracone miejsca zatrudnienia już prawdopodobnie nigdy nie wrócą – z czego zdają sobie sprawę lokalni politycy. Władze prowincji liczą, że dodatkowe dochody będą zabezpieczeniem dla osób, które chcą rozwinąć własną działalność gospodarczą lub podnieść kwalifikacje przez powrót na uczelnie.
Mimo, że orędownicy BDP mają we władzach większość, zwrócili się do ekspertów, aby zasięgnąć ich rady. Część zgromadzonych opinii jest bardzo krytyczna. Przeciwnicy BDP argumentują, że program pilotażowy nie zlikwiduje ubóstwa, doprowadzi za to do poważnego zawirowania w gospodarce prowincji. Przeznaczenie olbrzymich środków grupie obywateli może rzutować na powodzenie innych inicjatyw socjalnych i podnoszenie poziomu płacy minimalnej w regionie. Głosy krytyki wskazują też na niepowodzenia wcześniejszych programów, które miały aktywizować bezrobotnych i tworzyć nowe miejsca pracy. Mimo, że dotyczyły one dużo szerszej rzeszy mieszkańców, nie osiągnęły zakładanych celów. Istnieje spora obawa, że kosztowny pilotaż BDP jeszcze bardziej podniesie nierówności w prowincji, pozostawiając faktycznie ubogich - na marginesie.
Władze Ontario, mimo zgłoszonych obiekcji, forsują swój pomysł. Pierwsze wypłaty są planowane na wiosnę bieżącego roku. Politycy argumentują, że BDP nie ma być mierzony ilością osób, które zdobędą pracę, ale ogólną poprawą samopoczucia mieszkańców prowincji. Dzięki dochodowi podstawowemu cześć osób zyska więcej pewności, nie będą też na tyle zdesperowane, aby przyjąć pracę na każdych warunkach, byle tylko utrzymać siebie i rodzinę. Władze liczą, że zmusi to pracodawców do oferowania bardziej konkurencyjnych warunków zatrudnienia.
Podobnie jak władze kanadyjskiej prowincji, zdaję sobie sprawę, że BDP nie jest Świętym Graalem. Jest rozwiązaniem kosztownym, z licznymi znakami zapytania i pułapkami, które mogą wywrócić całą ideę. Samo wdrożenie dochodu podstawowego nie rozwiąże – jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki – wszystkich problemów społecznych, a nieskutecznie użyte, może tylko przysporzyć nowych. Na świecie istnieje klika programów pilotażowych (holenderskie miasta, Finlandia czy Indie). Wiele było też podejść nieudanych. Wspomniane już Dauphine zostało przerwane z powodu braku środków się, mimo pozytywnych wyników,.
Dobrze, że niepowodzenia nie odstraszają kolejnych śmiałków – jak Ontario, prywatna spółka Y Combinator czy inna kanadyjska prowincja Wyspa Księcia Edwarda, planująca od grudnia objąć BDP 150 000 swoich obywateli.
Nie wiemy jak będzie wyglądać przyszłość, ale z tego jak przebiega teraźniejszość możemy odczytać pewne wskazówki. Skoro zbliża się do nas widno masowej utraty miejsc pracy - przy jednoczesnym wzroście produktywności - powinniśmy coś zrobić, żeby uchronić się przed ewentualną katastrofą. Obecne zasady rządzące światem, każące zaciskać pasa i redukować wydatki socjalne, jako zbyt kosztowne, nie zdają egzaminów i napotykają na rosnący sprzeciw społeczny, tym bardziej, że rośnie poziom rozwarstwienia. Być może kolejna światowa recesja spowoduje wybuch złych emocji i doprowadzi do brutalnych zajść, które znamy już z naszej historii nowożytnej. Dobrze byłoby mieć – w zanadrzu – jakiś plan B, gdy sprawy miały się potoczyć w niepożądanym kierunku.
I nie mam tu na myśli budowy Elizjum dla najbogatszych.
Komentarze
Prześlij komentarz