Czy doczekamy się regulacji zarobków prezesów korporacji?

W najnowszym badaniu, zleconym przez Stanford Law School i Stanford School of Business, przebadano 1202 amerykańskich respondentów. Ankieterzy chcieli się dowiedzieć, czy obywatele Stanów Zjednoczonych zdają sobie sprawę ile zarabiają dyrektorzy zarządzający w największych przedsiębiorstwach oraz czy rząd powinien w jakiś sposób regulować poziom wynagrodzeń najwyższej kadry menedżerskiej.

Co przede wszystkim rzuca się w oczy podczas oglądania wyników? Amerykanie – w przeważającej liczbie (74% wskazań) - uważają, że prezesi zarabiają zbyt wiele. Co ważne, przekonanie jest oparte tylko na przesłankach, gdyż badani nie zdają sobie nawet sprawy, jakie są wynagrodzenia dyrektorów zarządzających. Większość respondentów twierdziło, że przeciętna płaca szefów 500 największych amerykańskich spółek wynosi około 1 miliona dolarów. Naiwniacy. Tak mogło być około 60 lat temu. Prawdziwa średnia jest o rząd wielkości wyższa, na najwyższych szczeblach zarabia się średnio około 10 000 000 rocznie (zapis cyframi robi większe wrażenie).

Jeszcze w latach 60-tych XX wieku prezesi zarabiali 20-to krotność pensji pracownika firmy. Dziś możemy tylko pomarzyć o takich poziomach nierówności. Rozpiętość uposażeń szefów waha się pomiędzy 200-, a 300-krotnością zarobków przeciętnych zatrudnionych. Instytut Polityki Ekonomicznej (Economic Policy Institute) wyliczył, że między rokiem 1978 i 2014 zarobki amerykańskich prezesów wzrosły o 997 procent (uwzględniając inflację). Próżno wertować roczniki statystyczne – przeciętni Amerykanie nie załapali się na podobną skalę podwyżek.

Przyczyna odjazdu – raczej odlotu – uposażeń szefów korporacji jest złożona, i zasługuje na osobny artykuł (wszystko w swoim czasie). Pokrótce można ją streścić tak: właściciele organizacji, aby upewnić się, że prezes (zatrudniony na posadzie najemnik) wykonuje ich wolę (teoria agencji), uzależnili wynagrodzenia od wskaźników rynkowych. Ponadto dla zmotywowania kadry zarządzającej, cześć zarobków – premie i nagrody – wypłacano w akcjach lub opcjach na akcje. Ponieważ rada nadzorcza jest daleko od firmy, a prezes blisko, to on ma realny wpływ na poziom czynników rynkowych przedsiębiorstwa. De facto sam sobie ustala wielkość wynagrodzenia. Pozostaje jeszcze tylko przekonać przedstawicieli właściciela – a jest to zazwyczaj rozproszony akcjonariat reprezentowany przez fundusze inwestycyjne, że wszystkie sukcesy to indywidualne zasługi prezesa. Et voila - przepis na gigantomanię gotowy.

 

Ale wróćmy do badań Stanforda. Podsumujmy: respondenci nie wiedzą ile zarabiają prezesi – mylą się o jedno zero, ale i tak chcieliby coś obciąć. Cholerni zawistnicy.   Okazuje się, że jest jeszcze gorzej. Amerykanie nie wierzą, że wyniki firmy zależą od decyzji, podejmowanych jednoosobowo przez szefów. Badani podchodzą bardzo sceptycznie do koncepcji, że prezesi tworzą wartość dodaną dla organizacji, za którą warto płacić fortunę. Dobrze, że to nie oni są właścicielami korporacji z prawem do zmiany polityki wynagradzania osób na najwyższym szczeblu, bo dyrektorzy zarządzający mogliby się pożegnać z siedmiocyfrowymi pensjami. Większość respondenci pytana o wysokość premii dla prezesa, który podniósł wartość firmy o 100 milionów, wskazali na kwotę pół miliona. Łaskawcy!

Według nadzorującego badanie wykładowcy ze Stanford School of Business, Nicka Donatiello, jest to sygnał dla korporacji, że powinny one lepiej komunikować przyczyny wysokich uposażeń swoich prezesów społeczeństwu.

Jest o jakiś pomysł. Skoro plebs nie rozumie kosmiczny zarobków kilku wybrańców, trzeba położyć grubą warstwę PRowego lukru, aby wychwalić zalety szefa firmy. Wtedy wszyscy będą zadowoleni i nikt nie będzie podważał zasadności wysokich wypłat.

Dlaczego dobre poinformowanie społeczeństwa o zaletach wysokich zarobkach kadry zarządzającej jest tak istotne? Okazuje się, że Amerykanie – mimo lat indoktrynacji zasadami wolnego rynku – czują, że coś jest nie tak z podziałem owoców pracy. Połowa respondentów uważa, że władze federalne powinny regulować wynagrodzenia prezesów. Autorzy raportu podkreślają, że społeczeństwo amerykańskie jest w tej kwestii podzielone, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Pomimo mitu, że każdy może zostać milionerem, wystarczy tylko ciężko pracować, co drugi obywatel Stanów Zjednoczonych, uważa, że zarobki prezesów powinny podlegać limitowi. Nie 5% czy 10% nieudaczników, którzy chcieli by przebimbać życie na zasiłkach socjalnych, ale 50%. Oznaczałoby to, że do dużej części społeczeństwa przebiła się już wiadomość, że nie mają szans na wejście do grona najbogatszych tylko dlatego, że będą pracować ciężej niż dotychczas. Dlatego badacze ze Stanford wskazują na potrzebę lepszej komunikacji wysokich pensji zarządu. Żeby jakimś wyborcom nie przyszło do głowy, aby forsować rozwiązania prawne na poziomie krajowym.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook