Chiny liderem automatyzacji

Ustępujący prezydent Barack Obama, tuż przed końcem kadencji w dokumencie „Sztuczna Inteligencja, Automatyzacja i Gospodarka” bił na alarm. Główna myśl publikacji Białego Domu sprowadzała się do konstatacji, że utrzymanie pozycji najbardziej konkurencyjnej gospodarki będzie wymagało dalszego inwestowania w robotykę oraz sztuczną inteligencję. Donald Trump, w kampanii wyborczej obiecał, że ściągnie z powrotem amerykańskie firmy produkcyjne. Twierdził, że nic tak nie napawa go dumą jak używanie towarów z napisem „Made in USA”. W połowie kwietnia nowy główny lokator Białego Domu rozpoczął program „kupuj amerykańskie, zatrudniaj Amerykanów”. Można się zżymać na bombastyczne hasła amerykańskiej administracji, postaram się wytłumaczyć dlaczego jest to ważne.

Począwszy od lat 80-tych decyzja zachodnich biznesmenów, aby przenosić linie produkcyjne do tańszych lokalizacji, wydawała się pomysłem genialnym. Utrzymując ceny dla klientów, zwiększali marże znacząco obniżając koszty produkcji. Do rangi legendy urosła historia Nike’a, który w ogóle zrezygnował z produkcji butów, pozwalając nadrukowywać swoosha na wyroby zakładów, które dostarczyły jak najlepszy jakościowo obuwie, po najniższych kosztach wytworzenia.

W dłużej perspektywie, wyższe zyski przesłoniły zachodnim firmom pewien istotny szczegół. Wraz z pozbyciem się fabryk, stracili oni możliwość rozwoju technologicznego. To między innymi anonimowy producent butów dla Nike’a udoskonalał produkcję, poprawiając wydajność i efektywność dzięki małym, codziennym innowacjom. Co więcej, w krajach rozwiniętych, nie posiadających własnych linii produkcyjnych straciło na znaczeniu kształcenie specjalistów, którzy potrafiliby je zbudować, rozwinąć czy nawet utrzymać.

Podejmując istotną z punktu widzenia konkurencyjności decyzję o relokacji, popełniono więc jednocześnie błąd strategiczny. Offshoring i nearshoring zmieniły układ sił w globalnej gospodarce. Chiny - i szerzej południowo-wschodnia Azja - stały się fabryką świata. Teraz politycy zachodni próbują wywrzeć presję na rodzimych korporacjach, aby wróciły z produkcją do domu. Problem polega na tym, że może to być zadanie skomplikowane, a nawet - niemożliwe.

Nie tylko z powodu nacisków politycznych w krajach rozwiniętych sytuacja chińskiego sektora wytwórczego staje się trudna. Z jednej strony mamy problemy demograficzne. Dzięki słynnej polityce jednego dziecka – dochodzi do gwałtownego starzenia się społeczeństwa. Z drugiej - ciągle rosnące koszty pracy coraz bardziej świadomego swoich praw robotnika.

Dobrym wyjściem jest - w ramach tak zwanego nearshoringu - przenoszenie fabryk do innych państw azjatyckich. Nie oznacza to oczywiście, że zachodnie spółki otworzą nowe zakłady produkcyjne w Wietnamie, Laosie czy Malezji. Zrobią to za nich chińscy podwykonawcy, aby ustrzec marże przed rosnącymi wymaganiami własnych robotników. Jest to oczywiście strategia krótkoterminowa. Tak samo jak w Chinach, również w krajach ościennych pracownicy będą – wcześniej czy później - żądać wyższych pensji i przywilejów socjalnych.

Drugim sposobem jest wyprzedzenie trendu i automatyzacja istniejących zakładów pracy. Rząd centralny oraz władze zagrożonych prowincji już starają się zapobiec utracie lukratywnych kontraktów. W samym Guangdong – największym zagłębiu produkcyjnym Chin – przeznaczono 150 miliardów dolarów na zachęty dla wytwórców nowoczesnych robotów przemysłowych. Beneficjentami funduszy są nie tyko wytwórcy, którzy zdecydują się na automatyzację własnych linii produkcyjnych, ale też budujący maszyny dla innych producentów. W planach pekińskich władz jest, aby do 2020 roku w chińskich fabrykach „pracowało” 100 000 robotów.

Obecne tempo automatyzacji produkcji – jeśli wierzyć chińskim statystykom – zakłada, że ów cel będzie osiągnięty bez trudu. Państwo Środka jest światowym liderem zarówno produkcji robotów - dostarczając 27% globalnego zapotrzebowania, jak również – głównym odbiorcą.

Jednak maszyny dostarczane przez Chińczyków są rozwiązaniami względnie prostymi, ustępując zaawansowaniu wyrobom japońskim, niemieckim czy szwajcarskim. Nawet 70% kupowanych przez chiński przemysł robotów pochodzi z zagranicy. Na dodatek maszyny składane w Państwie Środka są zależne od importowanych komponentów. Tym niemniej, to właśnie w Azji (Chinach, Japonii i Korei) powstaje daleko ponad połowa automatów przemysłowych.

Tymczasem Chiny są świadome swojej wyjątkowej pozycji na rynku wytwórczym i nie poprzestają tylko na inwestycjach w rozwój własnych nowych technologii. Jako przystało na wytrawnego, globalnego gracza przechodzą do kontrofensywy, wykupując znane marki zachodnie. Tak się stało z niemiecką Kuką – nabytą w 2016 roku za bagatela 5 miliardów dolarów, czy amerykańskim Paslin’em – kupionym za blisko 300 milionów.

Na marginesie, jak donosi Financial Times, europejskie firmy stały się łakomym kąskiem dla chińskich funduszy inwestycyjnych. Pod młotek poszły między innymi: KraussMaffei Group (wytwórca maszyn), producent żarówek o wdzięcznej nazwie Osram czy zakłady utylizacji odpadów (EEW). Prawdopodobnie większość linii produkcyjnych oraz technologii zostanie przetransferowana do Państwa Środka.

Skala chińskich zakupów zaniepokoiła już regulatorów rynku. W Wielkiej Brytanii udaremniono sprzedaż elektrowni atomowej Hinkley Point C. Z powodów strategicznych. Z nieco innych pobudek zastopowano także transakcje sprzedaży szwajcarskiej firmy chemicznej Syngenta czy holenderskiego Philipsa (znów te żarówki).

Być może jest więc tak, że automatyzacji powinni się najbardziej obawiać chińscy robotnicy, których miejsca pracy powinny znikać najszybciej. Jednak nie musi to oznaczać zmniejszenia znaczenia Państwa Środka jako największego globalnego dostawcy towarów. Cóż z tego, że Adidas planuje przenieść produkcję z Chin do Niemiec i całkowicie oddać ją w ramiona maszyn. Patrząc na rozmach chińskich zakupów i skalę transformacji, niemiecki ruch należy uznać za wyjątek od reguły.

Reasumując, być może za huraoptymistycznymi hasłami polityków zachodnich pójdą jakieś czyny. Co bardziej zdesperowani producenci mogą pożegnać gościnną Azję i wrócić na własny kontynent. Jak pokazuje przykład Adidasa pożytek dla europejskich robotników będzie z tego żaden. Praca i tak zostanie oddana automatom. I znów pozostaje pytanie czy chińskie maszyny nie wygrają konkurencji ceną.

Ku pokrzepieniu chińskich serc proponuję rzut oka na sortownię paczek firmy Shentong Express. Proszę zwrócić baczną uwagę na niezwykle odpowiedzialną pracę załogi magazynu.

http://www.youtube.com/embed/_QndP_PCRSw

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook