PwC promuje dochód podstawowy

Futurolodzy już od dziesięcioleci wieszczą nadejście ery maszyn, które zabiorą ludziom pracę. Z początku były to pojedyncze nazwiska, raczej pisarzy SF, niż naukowców. Jednak w ostatnim czasie – szczególnie od momentu publikacji raportu oksfordzkiego w 2013 roku - temat stał się popularny. Podchwycili go nie tylko intelektualiści czy publicyści, ale przede wszystkim – firmy doradcze. W świecie biznesu słowa naukowców czy dziennikarzy znaczą tyle co nic. Tymczasem konsekwentne umieszczanie automatyzacji na liście ryzyk w raportach KPMG, McKinsey czy PwC, powoduje, że przedsiębiorcy uwzględniają ją w swoich planach. Oczywiście - jak zwykle w biznesie, to co dla jednych jest ryzykiem - dla innych może być szansą.

To co działa na niekorzyść wieszczących zagrożenia dla rynku pracy z powodu rozwoju technologicznego, to szacunki oraz granice czasowe zjawiska. Doprawdy trudno brać na poważnie ostrzeżenie o utracie etatów, skoro może ono dotyczyć 5-ciu lub 50-ciu procent zatrudnionych. Do tego dochodzi zmienny horyzont czasowy – zależnie od raportu – od 13 do 33 lat.

Na przykład najnowszy raport PwC sugeruje, że do roku 2030 niebezpieczeństwo utraty zajęcia dotknie: 38% pracowników w Stanach Zjednoczonych, 35% w Niemczech, 30% w Wielkiej Brytanii i 21% w Japonii. Badania PwC są w jakimś sensie odwołaniem do wcześniejszych analiz: Uniwersytetu w Oksfordzie z 2013 roku oraz OECD z 2016. Pierwsza z nich przewiadywała utratę około 47% miejsc pracy w Ameryce w ciągu trzech dekad, druga aktualizowała wyliczenia zmniejszając je do 10% etatów.  

Nowością badania PwC jest fakt, że analitycy podzielili każdy zawód na zadania manualne, rutynowe, wymagające analiz liczbowych, umiejętności społecznych czy komunikacyjnych. Następnie zestawiono te czynności z opisem stanowisk pracy. W ten sposób można wyznaczyć procent zadań - w ramach danej profesji, które mogą ulec automatyzacji, a następnie ekstrapolować dane na sektory gospodarki et voila, mamy wynik. Na przykład ze względu na ilość pracujących, jedną z najbardziej zagrożonych gałęzi brytyjskiej ekonomii jest handel detaliczny i hurtowy. Z powodu automatyzacji 44% procedur, pracę może stracić nawet 2,3 miliona zatrudnionych.

Z kolei prognozy dla kolejnych krajów – co już zakrawa na lekką szarlatanerię – pojawiły się po zestawianiu różnic i podobieństw z realiami rynku pracy Wielkiej Brytanii, bez analizy szczegółowej.

Najciekawsze są wnioski końcowe, płynące z pracy PwC. Autorzy twierdzą, że wpływ automatyzacji na rynek pracy jest niejasny. Cześć stanowisk zostanie zlikwidowana, ale na skutek rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji wzrośnie produktywność, co wygeneruje dodatkowe środki na rozwój następnych miejsc pracy – bardziej zaawansowanych technologicznie – głównie w sektorze usług. Może to wprawdzie prowadzić do nierówności, bo zyski nie zawsze trafią do wszystkich grup społecznych, ale przecież od tego jest rząd, aby za pomocą zachęt fiskalnych i – ewentualnie dochodu podstawowegodokonał redystrybucji przychodów z automatyzacji.

To niesamowite, ale orędownicy gospodarki rynkowej – firmy konsultingowe – godzą się z ideą bezpośredniego dochodu podstawowego! Oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to rozwiązanie niedoskonałe, mogące hamować zachęty do podejmowania pracy oraz uniemożliwić budowanie indywidualnego bogactwa.

W analizie PwC jest tylko jeden mały, nic nie znaczący detal, o który cała koncepcja może się rozsypać w drobny mak. Nadrzędną rolę w regulowaniu zmian na rynku pracy i procesów rozwoju technologicznego nakłada się na rządzących, a tymczasem temat automatyzacji cały czas nie przebił się jeszcze na dobre do gabinetów politycznych decydentów.

Oczywiście, drugo- czy trzeciorzędni kandydaci w wyborach – jak Jean-Luc Melenchon we Francji – wspominają coś o zagrożeniu masowym bezrobociem z powodu rozwoju maszyn i sztucznej inteligencji, ale ich program jest nadal zbyt egzotyczny dla większości elektoratu. Tymczasem główni rozgrywający światowej polityki nie zajmują stanowiska. The The New York Times spytał ostatnio sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych, Stevena Mnuchina, o kroki podejmowane przez gabinet prezydenta Trumpa w sprawie ewentualnego ryzyka przejęcia przez roboty amerykańskich miejsc pracy. Odpowiedź była prosta: „not even on our radar screen (czyli „nawet nie mamy w planach’). Sekretarz skarbu wołałby odłożyć debatę na kolejne 50, może nawet 100 lat.

W sumie brak tematu robotyzacji i komputeryzacji amerykańskiego rynku pracy w rządowej agendzie nie powinien dziwić. W trakcie kampanii prezydenckiej Donald Trump niejednokrotnie wskazywał na globalizację jako główną winną znikania miejsc pracy w przemyśle i obiecał ich przywrócenie. Trudno byłoby teraz zmieniać zdanie.

Badania Ball University z roku 2015 pokazują, że przy zachowaniu produktywności z początku wieku, w 2010 roku amerykański przemysł potrzebowałby około 21 milionów etatów. Tymczasem - właśnie dzięki postępowi technologicznemu - osiągnął swój wynik przy zatrudnieniu nieco ponad 12 milionów pracowników. Powtarza się więc stara dobra zasada, że skoro dane nie potwierdzają naszej diagnozy, tym gorzej dla danych. Szkoda tylko wszystkich działań, które podejmie administracja federalna i rozczarowania milionów Amerykanów, czekających na swoje miejsca pracy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook