Chiński konsumpcjonizm
Chińska gospodarka dokonała pod koniec XX wieku gigantycznego skoku. Państwo Środka przekształciło się z kraju, który – odzwierciedlając najlepsze radzieckie wzory – był nastawiony na przemysł ciężki, wydobywczy i budowę infrastruktury, w globalną fabrykę.
Wraz z rozwojem ekonomicznym w Chinach dokonała się transformacja społeczna. Na wezwanie komunistycznych władz – w ramach patriotycznego wysiłku - biedna, wiejska ludność przeszła gwałtowną rewolucję przemysłową i industrialną, przenosząc się z rejonów agrarnych do miast. Dokonał się szybki skok od roli do fabryk, a następnie - usług. Często w jedno pokolenie.
Niestety bycie fabryką dla całego świata (głównie jednak zachodniego), okazało się strategią dobrą, ale krótkoterminową. Załamanie przyszło po Wielkiej Recesji. Świat zaczął oszczędzać, zmniejszając zapotrzebowanie na chińskie produkty. W celu podtrzymania wzrostu gospodarczego - którego dynamika i tak zaczęła siadać – władze postanowiły zachęcić obywateli do wzmożonej konsumpcji.
Chińczycy wsparli prośby państwowej administracji pieniędzmi. Sprzedaż detaliczna w latach 2009 – 2016 urosła z 1,4 biliona dolarów do 4,1 biliona, a więc potroiła się w osiem lat. Obywatele Państwa Środka nie ograniczają się wyłącznie do kupowania produkcji krajowe. Są coraz liczniejszą grupą nabywców towarów luksusowych: szwajcarskich zegarków czy ubrań i torebek z francuskich i włoskich domów mody.
Rośnięcie w siłę chińskiej konsumpcji jest niezwykle ważnym elementem przenoszenia się środka ciężkości światowej ekonomii z krajów zachodnich w kierunku Chin. Bardzo ciekawie opisuje to zjawisko Karl Gerth, autor książki As China Goes, So Goes The World, w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi Quartza, Marc’owi Bain’owi.
Każda władza ma swój mit założycielski. Według Gerth’a źródłem chińskiego materializmu było słynne zdanie przywódcy kraju, Deng Xiaopinga z 1978 roku: Po pierwsze pozwólmy ludziom się bogacić. W tym wypadku słowa pierwszego sekretarza partii komunistycznej padły na podatny grunt. Historia Związku Radzieckiego dobitnie pokazała, że przodownictwo w wydobyciu węgla, wytopie surówki, produkcji stali i czołgów – jakkolwiek chwalebne – nie buduje bogactwa obywateli. Dziś, klika dekad później, władza zachęca do konsumpcji, stymuluje pragnienia kupujących, pielęgnuje wzrost majątków i nieuniknionych - w takiej sytuacji – nierówności ekonomicznych.
Chiński klient jest nabywcą spragnionym, ale świadomym. W swoistym szala zakupów bliżej mu do beztroskiego konsumpcjonizmu Amerykanów z czasów prosperity. Jednak, co ważne, odbiorcy mają duże poczucia znaczenia poszczególnych marek produktów. Zakup konkretnego towaru podkreśla status społeczny.
Utarło się, że głównie Amerykanie wyznaczają światowe trendy. To co jest popularne w Stanach Zjednoczonych, staje się – po jakimś czasie – popularne na całym globie. Producenci hołdują amerykańskim gustom. Jednak w momencie, gdy rośnie znaczenie rynku chińskiego, a międzynarodowe koncerny osiągają coraz większą część swoich przychodów z Państwa Środka, naturalną koleją rzeczy jest, że będą się coraz częściej orientować na zapotrzebowanie chińskich konsumentów.
Gerth zwraca uwagę, że dzięki modelowi rodziny 4-2-1 (dziadkowie – rodzice – dziecko), młody chiński nabywca dysponuje znaczną siłą nabywczą, wynikającą z dostępu do dochodów poprzednich pokoleń. Dodatkowo cały czas widać „niewidzialną” rękę maoistowskiej rewolucji kulturowej, która sprawia, że chiński konsument ma naturę kolektywną. Dzięki temu, administracja może kierować strumień nabywców – raczej chodzi w tym wypadku o przedstawicieli młodej klasy średniej, aby pobudzać odpowiednie sektory przemysłu, na przykład zachęcając do kupna samochodów, sprzętu gospodarstwa domowego czy telefonów.
Konsekwencje chińskiego konsumpcjonizmu odczuje cały świat. Wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa będzie rosła siła oddziaływania chińskich gustów. Wkrótce międzynarodowe koncerny będą bardziej dbały o zaspokojenie pragnień obywateli Państwa Środka, niż innych części świata. To że cywilizacja Zachodu straci na znaczeniu, to rzecz pewna. Nie trudno jednak wskazać na dwie inne implikacje zmiany położenia gospodarczego środka planety: ochronę środowiska oraz stabilność społeczną.
Pomysł, aby Chińczycy prześcignęli Amerykanów w ilości samochodów na głowę mieszkańca, nie mówiąc o zużyciu energii, budzi obawy nie tylko ekologów. Oczywiście władze w Pekinie są w awangardzie państw walczących ze zmianami klimatycznymi, ale może to być marną pociechą. W chińskim miksie energetycznym paliwa kopalniane nadal grają role pierwszoplanowe i – mimo znacznych nakładów finansowych - ten fakt się nie zmieni prawdopodobnie jeszcze przez dekadę. Zanieczyszczenie planety, które będzie udziałem chińskich konsumentów, jest nieuniknione. Z kolei perswadowanie Chińczykom, że dla wspólnego dobra powinni być wstrzemięźliwi – szczególnie po dziesięcioleciach dewastacji środowiska przez naszą cywilizację – byłoby czystą hipokryzją.
Budowa społeczeństwa, w którym wartościuje się jednostki zasobnością portfela, nie jest specjalnie trudna. Sami doświadczamy tego na własnej skórze. Przewaga Chińczyków leży w kolektywizmie i posłuszeństwu wobec partii. Póki co władze usilnie pracują nad budową nowej chińskiej klasy średniej. Tak długo jak jej interesy będą zbieżne z celami partii komunistycznej można liczyć na pokojową symbiozę. Jednak posiadanie własności rodzi chęć jej zabezpieczenia, a stąd już niedaleka droga do pragnienia o samostanowieniu i ustalaniu własnych praw.
Nie bez znaczenia będzie też dbanie o równomierne bogacenie się społeczeństwa. Gdyby Chiny przyjęły model anglosaski, a nie skandynawski, wówczas zderzą się z problemem nierówności społecznych, które będą prowadziły do wewnętrznych niepokojów. Przy dużych dysproporcjach w majątkach, kolektywizm i nadrzędna rola partii może się okazać spoiwem niewystarczającym do zapewnienia spokoju.
Być może nie ma co rozpatrywać negatywnych scenariuszy. Droga Chin do bycia centrum gospodarczym świata jest długa i istnieje na niej kilka przeszkód, jak choćby problemy demograficzne (szybko starzejące się społeczeństwo), automatyzacja miejsc pracy (zmniejszająca zatrudnienie) czy różnice kulturowe pomiędzy prowincjami, z których niektóre przejawiają chęci separatystyczne. Na dodatek, pod bokiem Chin rosną Indie, kraj który nie ma wielu ograniczeń rozwojowych Państwa Środka, mogący już na finiszu przejąć od Pekinu pałeczkę światowego hegemona.
Komentarze
Prześlij komentarz