Siedząc na bombie
Katastrofa finansowa ma wiele twarzy, w zależności od tego kogo dotyczy. Na poziomie budżetu domowego kłopotem będzie spłacenie nadmiernego zadłużenia kart kredytowych czy – bardziej poważny – kredytu hipotecznego. W przypadku państwa można mówić o tarapatach gdy zadłużenie kraju wynosi wielokrotność rocznego PKB. Jednak jak podaje Światowe Forum Ekonomiczne (ŚFE) mogą też być problemy przez duże „P”.
Według analiz, działającego przy Światowym Forum zespołu ekspertów do spraw Reform Systemów Inwestycji Emerytalnych, do roku 2050 zadłużenie świata z tytułu niedoboru środków pieniężnych na wypłatę oszczędności emerytalnych sięgnie 400 bilionów dolarów. Przy czym – ważna uwaga – definicja deficytu według ŚFE, oznacza posiadanie funduszy na zaspokojenie 70% dochodów osiąganych przez świadczeniobiorcę w wieku przed emerytalnym.
Dziś ilość osób, która osiągnęła 65-ty rok życia wynosi – w skali globalnej – 600 milionów. Analitycy przewidują, że za 33 lata będą już 2 miliardy ludzi, którzy przekroczą dzisiejszy wiek emerytalny. Z powodu spadku ilości urodzeń i dalszego starzenia się społeczeństw – i gdy nie nastąpi przyspieszenie automatyzacji, która ograniczy ilość dostępnych miejsc pracy - ubędzie też osób utrzymujących emerytów. Zamiast obecnie 8-miu, zostaną 4-ry.
Globalna gospodarka stawia przed państwami nowe wyzwania. Poprawiający się poziom bytowania, stale rosnące standardy opieki zdrowotnej czy wreszcie postępy w medycynie wydłużają naszą średnią życia. Jednak to co dobre dla jednostki niekoniecznie musi być korzystne dla systemów finansowych. Szczególnie emerytalnych.
Największe braki w środkach na emerytury będą notowały kraje, które już dziś mają problem z utrzymaniem zastępowalności pokoleń: Stany Zjednoczone – blisko 140 bilionów dolarów czy Chiny – 120 bilionów. Zaskakuje wysoka pozycja Indii z deficytem 85 bilionów dolarów, która wyraźnie wyprzedzają niedobory pozostałych państwa uprzemysłowionych: Wielkiej Brytanii (33), Japonii (26) czy Kanady (13).
Wzrost przewidywanej długości życia – z 85-ciu dla osób urodzonych w 1947 roku do 103(!) dla rocznika 2007 - oraz spadek zwrotu z aktywów, w które inwestuje się środki na emerytury będzie prowadził do wzrostu luki pomiędzy ilością środków potrzebnych do wypłat, a faktycznie rozporządzalnych. Warto w tym miejscu nadmienić, że kwestia deficytu funduszy będzie dotyczyć zarówno zobowiązań indywidualnych jak i rządowych. Z czego aż 3/4 będzie wynikiem obietnic składanych przez administrację, za którymi nie poszły żadne faktyczne pieniądze.
Problem przyszłych wypłat emerytalnych – podobnie jak kwestia zmian klimatu – jest słabo widoczny z dzisiejszej perspektywy. Skutki przemiany społecznych są zbyt wolne, abyśmy mieli szansę dostrzec nadciągające zagrożenie. Jak w anegdocie z wolno gotującą się żabą, ciągle adaptującą się do wzrostu temperatury, która przeoczy moment, w którym wrząca woda ją ugotuje. Pozostawienie spraw tak jak jest doprowadzi nas do niechybnej katastrofy.
Zdaję sobie doskonale sprawę, że prognozowanie zjawisk globalnych z ponad 30-to letnią perspektywą jest obarczone olbrzymim błędem. Zresztą odbywa się ono zazwyczaj według dobrze znanej ekonomistom zasady ceteris paribus. Uproszczenie polega na poddaniu analizie wieloczynnikowego modelu, w którym bada się zmianę tylko jednego wskaźnika, pozostawiając pozostałe warunki bez zmian. Jest to oczywiście spora ułomność. Obserwujemy pewien trend, a następnie ekstrapoluje się jego tendencję na dalszy przedział czasu. Pomijając fakt, że perspektywa 30-tu lat jest nie do ogarnięcia dla przeciętnego człowieka, nie mówiąc już o instytucji czy administracji rządowej, nie trudno zauważyć, że w realnym świecie, w wieloelementowym środowisku, zmiana jednego z czynników, automatycznie wpływa na poziom pozostałych, tak aby cały schemat pozostał we względnej równowadze.
Oparcie się na analizie obarczonej potencjalnym dużym błędem oraz zakreślenie ram czasowych, które wymykają się naszemu pojęciu, automatycznie skazuje wyniki badań Światowego Forum Ekonomicznego na niedowierzanie. Sceptycyzm jest naszą najlepszą bronią, którą wielokrotnie wykorzystujemy, jak choćby w analogicznym przypadku negowania skutków zmian klimatycznych.
Charakterystyczny - dla przebiegu akceptacji zmiany - proces psychologiczny zaczyna się od zaprzeczenia. Można więc bez trudu podważyć wyliczenia ŚFE, przedstawiając wiarygodne kontrargumenty. Na przykład automatyzacja ma szansę skutecznie podtrzymać rozwój gospodarczy bez potrzeby angażowania coraz większych mas ludzi do pracy. Społeczeństwa będą się w przyszłości bardziej bogacić, gdyż przemiany technologiczne przyspieszą wzrost gospodarczy. Przyrost globalnej populacji nie jest pewny. Widać wyraźnie trendy ograniczające dzietność. Nie bez znaczenia są też zagrożenia ze strony pandemii czy gwałtownych konfliktów zbrojnych. I tak dalej.
Tymczasem – zakładając niezmienność obecnych czynników – w przypadku Stanów Zjednoczonych, aby uniknąć problemów z przyszłymi emeryturami, należałoby już teraz podnieść podatki o około 2,5 procenta lub obciąć świadczenia o 16%. To, że czas nie jest sprzymierzeńcem tych, którzy lubią odkładać decyzje dotyczące przyszłości na później, nie trzeba chyba przekonywać. Gdyby się jednak znalazł przeciwnik szybkich kroków, to spieszę z wyliczeniami. Odkładanie decyzji o wzroście obciążeń doprowadzi do tego, że za 20 lat, aby sfinansować dziurę w ubezpieczeniach społecznych, trzeba będzie podnieść podatki o blisko 4% lub zredukować wypłaty o 20%. I nie mówimy w tym miejscu o najgorszych możliwych scenariuszach.
Skoro już postraszyłem nadciągająca przyszłością, może warto spojrzeć na wskazówki autorów raportu Światowego Forum Ekonomicznego, jak uniknąć katastrofy. Oczywiście poza podniesieniem obecnych składek lub uczulenia przyszłych emerytów na zmniejszenie wysokości otrzymywanych środków.
Analitycy stawiają przede wszystkim na edukację, a więc informowanie przyszłych beneficjentów systemu ubezpieczeń społecznych o zagrożeniach i podawanie im faktycznych wyliczeń, dotyczących ich emerytury. Zaleca się promowanie indywidualnych programów emerytalnych, szerzenie wiedzy o inwestowaniu oraz sposobach gromadzenia oszczędności.
Autorzy przekonują, że gromadzone przez administrację bieżące oszczędności przyszłych emerytów powinny być lepiej inwestowane, szczególnie w projekty infrastrukturalne, które będą dawały pewniejszą stopę zwrotu. Nieodzowna jest też większa presja na podnoszenie wieku emerytalnego. Już teraz – bazując na danych brytyjskich – pracuje około 20% osób w wieku 65 – 69 lat oraz 8% seniorów w wieku 70 – 74 lata. Przedstawione przed chwilą liczby podwoiły się w czasie ostatnich dwóch dekad.
Wyobrażam sobie też dużo gorsze scenariusze. Ciągle wycofujące się państwo, oddające coraz więcej pola niewidzialnej ręce rynku, może pokusić się któregoś dnia o stwierdzenie, że emerytur nie będzie wcale. Zresztą, patrząc na historię ludzkości, świadczenia dla osób, które skończyły wiek produkcyjny są krótkotrwałą modą. Można nawet zaryzykować stwierdzenie fanaberią bogatych społeczeństw. Być może za jakiś czas administracje rządowe umyją ręce, każąc swoim obywatelom, aby sami stawiali czoło jesieni życia, z tym co im się udało oszczędzić w trakcie lat pracy.
Ktoś mógłby mnie w tym miejscu złapać za słowo, że przecież nieustannie wieszczę strukturalny brak pracy z tytułu automatyzacji i rozwoju technologicznego. Z czego wówczas mieli by mieć pieniądze na emerytury ludzie, którzy nie znaleźli zatrudnienia?
Komentarze
Prześlij komentarz