Hamuje wzrost czesnego na uczelniach w USA

Przez ostanie 26 lat koszt studiów na amerykańskich uczelniach rósł średnio o 6% rocznie. Tym bardziej dane z zeszłego roku mogą zaskoczyć. Wprawdzie czesne kontynuowało swój trend, ale tylko o 1,9%. Wreszcie tempo wzrostu jest porównywalne z inflacją. Komentator Wall Street Journal tłumaczy spowolniony przyrost opłat równoważeniem popytu i podaży. Ilość oferowanych przez uczelnie i szkoły wyższe miejsc pozostała na niezmienionym poziomie, ale zmniejszyła się ilość chętnych na kontynuowanie nauki.

Redukcja liczby studentów nie wynika z braku wiary w znaczenie wyższego wykształcenia. Górę wzięła demografia. W latach 1995-2009 czesne wzrosło o 161% wraz ze zwiększonym napływem absolwentów szkół średnich. Po roku 2009 ilość 18-to i 19-to latków zaczęła się zmniejszać. W ciągu siedmiu lat o 7%, z ponad 9 milionów do 8,5 miliona rok temu.

Duży wpływ na chęć kontynuowanie nauki mają też inne czynniki. Wzrost czesnego oraz problemy finansowe po Wielkiej Recesji ograniczyły ilość studentów. Część osób rozpoczynała studia licząc, że po ich zakończeniu otrzymają dużo atrakcyjniejsze oferty pracy, mimo dużych kosztów kredytu studenckiego.

Obecnie amerykański rynek pracy – przy stopie bezrobocia na poziomie 2,5% - jest bliski stanu pełnego zatrudnienia. Znów pojawia się sporo ofert zarobkowych dla osób ze średnim wykształceniem. Dla wielu kandydatów znalezienie pracy jest bardziej kuszące niż kontynuowanie kosztownej nauki. Widząc zmianę sytuacji młodych, wiele college’ów zdecydowało się na redukcję czesnego, aby zachęcić wahających się.

Według specjalistów obecna sytuacja nie utrzyma się długo. Wkrótce skończy się niż demograficzny, a w 2025 roku wyższe uczelnie będzie szturmował największy wyż w historii, po rekordzie urodzin z roku 2007. Jeśli sytuacja na rynku pracy nie zmieni się gwałtownie na korzyść osób ze średnim wykształceniem – a na to się nie zanosi – uczelnie znów będą mogły windować wysokość czesnego, z nawiązką odbierając sobie zmniejszone korzyści z lat chudych.

Kwestia rosnących kosztów za uzyskanie amerykańskiego wyższego wykształcenia wydaje się – z polskiej perspektywy – marginalna, o ile ktoś nie ma zamiaru studiować samemu lub finansować naukę swoim bliskim. Trzeba jednak pamiętać, że dzisiejszy, zglobalizowany świat, przypomina raczej system naczyń połączonych. To co dzieje się w centrum naszej cywilizacji, będzie miało za jakiś czas wpływ również na nas.

W Stanach Zjednoczonych odsetek osób młodych – w wieku 25 do 34 – z wyższym wykształceniem wynosi około 46,5. Kończenie studiów mimo rosnących kosztów jest popularne. Dla porównania procent osób w wieku 55 do 64 sięga blisko 42%. W Polsce jest to odpowiednio 43% i 13% (dane za OECD z 2015 roku). Dawniej ludzie wierzyli, że wyższe wykształcenie jest przepustką do lepszego życia, przede wszystkim lepszej pracy i wyższych zarobków. Dziś wiemy już tylko tyle, że ukończenie studiów jest ochroną przed biedą. W Stanach Zjednoczonych tylko 2% osób, które ukończyły wyższą uczelnię lub college znajdują się w ubóstwie.

Rosnące koszty studiów mają dwie poważne konsekwencje. W Stanach Zjednoczonych, ale trend jest podobny dla większości krajów rozwiniętych, mediana zarobków pozostaje od lat w stagnacji. Tymczasem jak już wspomniałem powyżej udział kosztów uzyskania wyższego wykształcenia rośnie dramatycznie. Kredyty studenckie stają się poważnym obciążeniem dla budżetów rodzinnych. Jeśli wyższe wykształcenie ma być przepustką do dostatniejszego życia, i trzeba za nią coraz więcej zapłacić, to może się ono stać coraz mniej dostępne. Jest to podstawa do rozwarstwienia społeczeństwa i wzrostu nierówności.

Drugą ważną kwestią jest postęp technologiczny. Coraz częściej słyszymy, że wraz z rozwojem automatyzacji i sztucznej inteligencji zagrożone będą tradycyjne miejsca pracy, które wymagają średniego wykształcenia. Wielu komentatorów lansuje tezę, iż sposobem na uniknięcie strukturalnego bezrobocia będzie podnoszenie poziomu edukacji oraz szukanie zajęć, w których człowiek będzie współpracował z maszynami lub wykorzystywał sztuczną inteligencję, a nie z nimi konkurował. Uczelnie też zdają sobie sprawę z rysującej się perspektywy, zresztą często same publikują podobne raporty. Jeśli posiadanie wyższego wykształcenia będzie wymogiem do otrzymania pracy, jego wartość wzrośnie jeszcze bardziej. Być może – aby ukrócić praktykę ciągłej aprecjacji kosztów studiowania – państwo będzie musiało nałożyć na szkoły ograniczenia wysokości czesnego, albo zmienić system edukacji, poszerzając ilość instytucji uprawnionych do nauczania absolwentów szkół średnich. Odnosząc się do gry popytu i podaży, wzrost podaży powinien skutkować spadkiem ceny.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook