Kobiety rządzą! ... albo wkrótce będą
Fakt, że panie są nierówno – w stosunku do swojego udziału w populacji – reprezentowane w radach nadzorczych i zarządach spółek, jest poza wszelką dyskusją. W przypadku kilku krajów europejskich: Norwegii, Islandii, Francji czy Hiszpanii obowiązują ustawy, które nakładają na przedsiębiorstwa ciężar przekazania pewnego procenta miejsc kierowniczych i nadzorczych kobietom, w ramach tak zwanych parytetów. Niestety w większości państw rozwiniętych nie ma prawa, które wymogłoby zmianę na korzyść szerszego udziału pań. Dlatego instytucje badawcze, które zajmują się monitorowaniem nierówności w dostępie do najwyższych szczebli korporacyjnych hierarchii, publikują co jakiś czas raporty, aby poddać przedsiębiorstwa presji i skłonić je do zmian w strukturach.
Na początku sierpnia ukazały się dwa ciekawe badania. Pierwsze opublikowała firma konsultingowa Equilar, na podstawie danych z amerykańskich spółek znajdujących się w indeksie Russell 3000, drugie – magazyn Fortune, biorąc pod lupę przedsiębiorstwa ze swojej listy Fortune 500.
Equilar postanowił potraktować sprawę niewystarczającej reprezentacji kobiet na szczytach korporacji poważnie. Firma rozpoczęła w tym roku cykliczną, kwartalną publikację indeksu Różnorodności Płci (Gender Diversity Index) wraz z raportem, który analizowałby zmiany w zakresie nierówności. Na początku warto nadmienić, że różnica pomiędzy pierwszym i drugim kwartałem jest nieznacznie dodatnia.
Zaobserwowano wzrost odsetka kobiet piastujących stanowiska w radach nadzorczych (z 15,9 do 16,2). Uśrednienie danych dla 3000 firm jest jednak nieco mylące. Mediana dla wszystkich spółek zestawienia wynosi tylko 14,3%. Zaledwie 16 przedsiębiorstw (na 3000) ma równy udział obu płci w radach, a jedynie 8 – przewagę pań.
I jeszcze dwie uwagi do raportu Equilera. Liczba kompetentnych kobiet, które mogą zajmować najwyższe stanowiska w korporacyjnych hierarchiach jest ograniczona z powodu kultury organizacyjnej przedsiębiorstw, która utrudnia awans paniom i promuje mężczyzn. Dlatego najlepsze kandydatki doradzają często w kilku spółkach i – niestety – mogą być liczone kilkukrotnie. Po drugie, w zarządach firm wciąż pokutuje zjawisko określane mianem „klubu dla chłopców”. Aż 87% nowych dyrektorów uzyskuje rekomendacje od innych członków zarządów. Ponieważ są to grona o znikomym stopniu sfeminizowania, panie dostają swoją szansę rzadko, a najczęściej dopiero w sytuacji gdy zwalnia się miejsce opuszczane przez inną kobietę. Co ważne podkreślenia, paniom oferuje się zazwyczaj funkcję „paprotek” czyli stanowiska kierowników niewykonawczych, pozbawione faktycznego wpływu na sposób i kierunek działania organizacji.
Podsumowując, liczby nie kłamią. Jest lepiej, odsetek kobiet w fotelach kierowniczych rośnie. Problemem jest tylko tempo wzrostu oraz drobne niuanse, które każą wątpić czy sama presja publikacji odniesie zakładany skutek.
Bardziej optymistyczny wydźwięk na raport Fortune. Otóż, okazuje się, że w stosunku do zeszłego roku liczba pań, które są prezesami największych spółek, wzrosła z 21 do 32 (ważna uwaga w 2015 roku było ich 24). Ktoś lubiący dzielić każdy włos na czworo zauważyłby, że odniesienie liczby 32 do 500 skazuje nas na dywagowanie o marginesie zjawiska, ale nie psujmy atmosfery. Można przecież napisać sporo ciepłych słów o niesamowitej dynamice przyrostu ilości kobiet dzierżących korporacyjne stery. A nawet pokusić się o wyrysowanie linii trendu. Gdyby zachować przyrost – 11 sztuk rocznie – parytet 50/50 zostałby osiągnięty pod koniec roku 2036. Można też puścić wodze fantazji i - zwiększając liczbę kobiet–prezesów o 33% (aby zachować dynamikę z lat 2016-17) – wyliczyć datę zrównania cztery lata wcześniej, w 2032.
Magazyn Fortune określił wzrost liczby kobiet na najwyższych stanowiskach mianem: wielkiego kroku. W raporcie stwierdzono, że coraz częstsze(!) zatrudnianie pań jako prezesów nie powinno dziwić. Zwłaszcza gdy autorzy publikacji powołują się na badanie Peterson Institute z 2016 roku, w którym forsowano tezę, że zatrudnianie pań jako prezesów daje wzrost zysków o 6 punktów procentowych.
Zanim jednak uznamy, że przejęcie foteli dyrektorów zarządzających przez kobiety jest nieodwracalne i pewne, a jedyną niewiadomą - dokładna data, spójrzmy jeszcze raz na liczby.
Problem zestawień polega na ich fotograficznym charakterze. Utrwalają na papierze jednie ulotną chwilę, a nie dynamikę zjawiska. Jennifer Brown z Quartza zauważa, że jeszcze w tym roku dwa fotele prezesów – Yahoo oraz Mondelez – zostaną odzyskane przez mężczyzn. Dwa kolejne, Avon oraz CST Brands, również mogą przejąć panowie – choć nie jest to jeszcze przesądzone. Faktyczna liczba kobiet u sterów korporacji stopnieje więc do 30, a być możne nawet 28.
Sytuacja jest przecież – jak wspomniałem powyżej – dynamiczna.
Komentarze
Prześlij komentarz