Czarna dziura globalnej wymiany handlowej

Z faktu, że duże międzynarodowe korporacje utkały – często jedynie ze względów fiskalnych – misterne struktury współzależności ze spółkami-córkami, wynikają ciekawe konsekwencje. Publikowane – już niemal cyklicznie – dokumenty, z Panamy czy innego Raju, odkrywają przed czytelnikami alternatywny obraz światowej gospodarki. Zasadne wydaje się postawienie pytania: czy jesteśmy w stanie narysować prawdziwy obraz handlu międzynarodowego?.

Z powodów praktycznych jest to dość istotne zagadnienie. Kwestia wymiany handlowej, a więc posiadanie nadwyżki w kontaktach z jednymi krajami czy deficytu z innymi, kreuje obraz potęgi gospodarczej danego państwa. Sieć zależności daje wiele radości, śledzącym jej kompleksowość, statystykom, a także – dużo mniejszą   przyjemności – studentom nauk ekonomicznych, którzy mają pecha zdawać egzamin z zagadnień światowego handlu. Wiele jednak wskazuje, że trud jednych i drugich idzie na marne.

Ekonomista Daniel Haberly z Uniwersytetu w Sussex twierdzi, że statystyki światowego handlu wprowadzają nas w błąd. Wystarczy spojrzeć na bilans handlowy Wielkiej Brytanii.

Oczywiście największym partnerem handlowym Zjednoczonego Królestwa są Stany Zjednoczone. Zero zdziwienia. Jednak na drugim miejscu jest ... Holandia. Jakim cudem 17to milionowy kraj jest w stanie dołożyć do brytyjskiego PKB prawie 150 miliardów funtów?

Wytłumaczenie zjawiska jest banalnie proste, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Holandia jest dla międzynarodowych korporacji jednym z największych kanałów przerzucania pieniędzy z rajów podatkowych.

Gdy brytyjski urząd statystyczny zmienił podejście do rozliczania zagranicznych inwestycji bezpośrednich okazało się, że: znacząco wzrósł udział Stanów Zjednoczonych (o 20%), wkład Holandii zmniejszył się o 66% (Holandia spadła na 5. miejsce), za to na drugie miejsce awansowała ... Wielka Brytania. Tak jest. Zjednoczone Królestwo, a w zasadzie międzynarodowe korporacje (zarówno amerykańskie, jak i brytyjskie) dorzucają do PKB Wielkiej Brytanii ponad 80 miliardów funtów. 11% zagranicznych inwestycji bezpośrednich kierowanych do Zjednoczonego Królestwa, pochodzi ze ... Zjednoczonego Królestwa.

Przy poprzednim sposobie obliczania wymiany handlowej okazało się, że 5. miejsce – nieznacznie ustępując takim potęgom jak Francja (66,4 mld funtów) czy Niemcy (50,5 mld funtów) – znajdowała się Wyspa Jersey, ta z Kanału La Manche (46,9 mld funtów). Po rewizji danych okazało się, że rola Jersey – w brytyjskiej wymianie handlowej - jest znacząco niższa, podobnie jak Luksemburga czy innych zagranicznych terytoriów zależnych Wielkiej Brytanii, jak Gibraltar czy Kajmany.

Najbardziej dociekliwi badacze struktur korporacyjnych, do jakich z pewnością zalicza się Gabriel Zucman, twierdzą, że przewartościowanie wpływu partnerów zagranicznych na bilans handlowy Zjednoczonego Królestwa było potrzebne, ale nadal jest niewystarczające. Przecieki dokumentów z Luksemburga czy Panamy każą sądzić, że faktyczny udział krajów takich jak Szwajcaria czy Holandia oraz terytoriów zależnych: Jersey lub Gibraltaru, jest znacznie mniejsza niż faktycznie wykazywane w zestawieniach liczby. Płynące z wymienionych powyżej lokalizacji pieniądze, są niczym więcej niż zyskami, ukrytymi w rajach podatkowych.

Ktoś sceptyczny mógłby powiedzieć, że sytuacja Wielkiej Brytanii jest wyjątkowa właśnie ze względu na posiadanie terytoriów zależnych, będących pod jurysdykcją Korony Brytyjskiej. Jednak - jak pokazuje Max de Haldevang z Quartza - podobne zakłócenia przytrafiają się wielu innym państwom.

W przypadku wspomnianych już Stanów Zjednoczonych, trzecim największym partnerem handlowym jest Luksemburg, minimalnie ustępujący Japonii. W czołówce znajdują się Holandia i Szwajcaria, a pierwszą dziesiątkę zamykają Irlandia (amerykańskie korporacje wprost uwielbiają zakładać tam swoje główne siedziby) oraz – co za zdziwienie – Brytyjskie Terytoria Zależne. Ponieważ Amerykanie, wzorem Anglików, nie zweryfikowali faktycznej drogi napływania zagranicznych inwestycji w zestawieniu brak ... Stanów Zjednoczonych. Jest prawie pewne, że specjalne, wewnętrzne raje podatkowe z: Nevady, Południowej Dakoty czy słynnego Delaware są znaczącym inwestorem w USA.

Znów można kręcić nosem, że Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania to są dwie strony tej samej monety. Ale Daniel Haberly służy danymi z Chin, które trudno porównać pod względem dyscypliny finansowej ze światem zachodnim. Otóż największym – na papierze – zagranicznym parterem handlowym Państwa Środka jest maluteńki Hong Kong. A Brytyjskie Wyspy Dziewicze inwestują w Chinach dwa razy więcej niż Japonia, cztery razy więcej niż Stany Zjednoczone i pięć razy więcej niż Niemcy.

Jeśli się Wam nie znudziło, możemy grać dalej w tą grę. W przypadku Rosji jej największym parterem handlowym jest Cypr. Drugi – Luksemburg. Trzecim – Holandia. A największa na kontynencie europejskim gospodarka Niemiec jest dopiero siódmym inwestorem. Wyprzedzają ją Bahamy i Bermudy.

Cytowany w Quartzu Alex Cobham, szefujący Tax Justice Network, twierdzi, że podstawowe dane ekonomiczne, którymi posługują się rządy państw do tworzenia założeń budżetowych, czy planowania strategii handlowych są stekiem bzdur.

Strumienie środków finansowych, pochodzące z rajów podatkowych, stanowią od 30 do 50% bezpośrednich globalnych inwestycji zagranicznych. Ich zmienność może być destrukcyjna dla gospodarek państw, do których są kierowane. Irlandzka inwestycja Apple’a, który skorzystał z niskich stawek podatku od własności intelektualnej, obowiązujących na Zielonej Wyspie, przyczyniła się do jednorazowego wzrostu przychodów budżetowych o 26%. Podobne zawirowania mogą dotyczyć każdego kraju, który będzie chciał zaistnieć, majstrując przy stawkach podatkowych.

Skala trudnych do zidentyfikowania środków pieniężnych, kręcąca się w globalnej gospodarce, wypacza dotychczasowe wyliczenia, którymi posługują się ekonomiści. Tym samym zaburza decyzje polityczne, które są podejmowane na podstawie niepełnych danych. Skromny ruch w systemie podatkowym, może skutkować gigantyczną nadwyżką albo – co gorsza – katastrofalnym deficytem. Pewne jest jedno, żaden księgowy nie jest w stanie podać wiarygodnych danych na temat globalnych finansów.  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook