O tym, jak prezydent Trump kijem rzekę zawracał

Bycie charyzmatycznym politykiem, który potrafi sprawiać wrażenie, że umie nagiąć rzeczywistość do swoich potrzeb – to jedno. Ale przekuć oczekiwania współobywateli w czyn, to zupełnie inna sprawa. Szczególnie gdy walczy się z rynkiem.

Jeszcze w trakcie kampanii prezydenckiej Donald Trump grzmiał z mównicy, że nieudolni politycy w Waszyngtonie, tworzą przepisy, które pozwalają na ucieczkę dobrych miejsc pracę zagranicę. W ramach swojego programu naprawy „America First” obiecał, że zatrzyma amerykańskie firmy przed opuszczeniem kraju, a także zapewni obywatelom Stanów Zjednoczonych godziwe stanowiska pracy. Wedle jego własnych słów „wobec przedsiębiorców uciekających z produkcją z kraju, muszą być wyciągane konsekwencje”.

Wbrew buńczucznym hasłom, rzeczywistość jest nieubłagana. Organizacja pozarządowa - Good Jobs Nation – alarmuje, że administracja prezydencka nie zrobiła nic, co by zatrzymało lub chociaż spowolniło outsourcing siły roboczej. W opublikowanym kilka dni temu raporcie można przeczytać, że nawet w przypadku spółek, które wykonują zadania dla rządu federalnego, utrata miejsc pracy jest dwukrotnie większa, niż średnia za czasów poprzedniego lokatora Białego Domu.

Firmy takie, jak: Boeing, Honeywell, IBM czy General Electric - w celu wypełnienia rządowych kontraktów - chętnie sięgają po pracowników zatrudnionych poza granicami Stanów Zjednoczonych. Wynika z tego, że nawet największe amerykańskie przedsiębiorstwa nie boją się reperkusji ze strony prezydenckiej administracji.

Co więcej od początku objęcia przez Donalda Trumpa stanowiska prezydenta, jak podaje Departament Pracy, Stany Zjednoczone straciły około 93 000 miejsc pracy na korzyść zagranicznych oddziałów amerykańskich koncernów. To nieco powyżej średniej z ostatnich lat, oscylującej wokół 87 000 stanowisk rocznie.

Najlepszą wizytówką możliwości prezydenta Stanów Zjednoczonych jest historia jego zaangażowania w utrzymanie miejsc pracy w spółce Carrier. Producent urządzeń grzewczych i klimatyzatorów planował przeniesienie fabryki z Indianapolis do Monterrey w Meksyku, likwidując tym samym około 800 stanowisk. W celu zmobilizowania opinii publicznej, związkowcy zdecydowali się na upublicznienie nagrania, na którym zarząd spółki informuje o swoich planach pracowników firmy.

Na reakcję Trumpa nie trzeba było długo czekać. Spółka, posiadająca rządowe kontrakty na blisko 1,2 miliarda dolarów, otrzymała dodatkowe ulgi podatkowe. Wszystko po to, aby utrzymać miejsca pracy w kraju. Szefowie Carriera postanowili skorzystać z hojności władz, a Donald Trump ogłosił sukces.

Co ciekawe, prezes United Technologies - do której należy Carrier – zadeklarował spore inwestycje w zakładzie z Indianapolis, aby utrzymać jego konkurencyjność. Jednak gdy tylko sprawa producenta klimatyzatorów zeszła z czołówek gazet, nastąpił nagły zwrot akcji. Okazało się, że modernizacja fabryki poszła w kierunku automatyzacji linii produkcyjnych, co pociągnęło za sobą zwolnienie 25% załogi.

Rzeczywistość jest taka, że ​​nawet najpotężniejszy przywódca na świecie, trzymający przy łóżku przycisk atomowy, ma niewielkie pole manewru, aby zatrzymać znikanie miejsc pracy. Mimo niskiego bezrobocia i rosnących zarobków, osoby o niskich kwalifikacjach nie mogą znaleźć zatrudnienia, które pozwoliłoby na utrzymanie rodziny czy podnoszenie kwalifikacji we własnym zakresie.

Ekonomiści spierają się, o to jakie połączenie ulg podatkowych i zmian w amerykańskich umowach handlowych należy zastosować, aby skutecznie chronić miejsca pracy przed ucieczką zagranicę lub automatyzacją. Utworzenie spójnych przepisów, które zachęcały by przedsiębiorców do zatrudniania Amerykanów – oraz podnoszenia ich kwalifikacji, wydawały się priorytetem dla nowej administracji Białego Domu. Tymczasem czas ucieka -wraz z nim stanowiska pracy, a realnych recept brak.

Specjaliści, zaniepokojeni kierunkiem, w którym zmierza amerykański rynek pracy, czekali z nadzieją na propozycje zawarte w reformie podatkowej. Pierwotnie liczono, że dzięki mechanizmowi kija (większych obciążeń dla korzystających z zagranicznej siły roboczej) oraz marchewki (ulgi fiskalne) uda się stworzyć spójne rozwiązanie, gwarantujące zwiększanie zatrudnienia.

Tymczasem najnowsza propozycja Republikanów idzie w zupełnie przeciwnym kierunku. Międzynarodowe korporacje będą mogły nadal płacić podatki od zagranicznych zysków według stawek krajów, w których je zgłoszą. Następnie od zysków, osiągniętych poza Stanami Zjednoczonymi, płaciłyby podatek wyrównawczy, który urealniałby ich przychody do wartości, jakie by osiągały owe firmy, gdyby działały w kraju. Czy to nie brzmi jak przepis na wspaniałą katastrofę?

Tajemnicą pozostaje na jakiej podstawie miałoby być naliczane owo wyrównanie, gdyż podstawową cechą międzynarodowych koncernów jest trudność w odgadnięciu zawiłych powiązań pomiędzy spółkami zależnymi, wchodzącymi w ich skład. Najbardziej bliskie doszukaniu się prawdy byłyby skomplikowane algorytmy, które potrafiłyby śledzić korporacyjne struktury, ale to z kolei zaprzeczałoby idei tworzenia nowych miejsc pracy.

Poza tym nawet najbardziej drakońskie stawki podatku zagranicznego mają nie przekraczać 15%. Cóż zatem powstrzyma przedsiębiorców do zakładania spółek w rajach podatkowych o obciążeniach fiskalnych oscylujących wokół 0% i płacenia w majestacie prawa 15% od zgłoszonych przychodów? Bo chyba nie strach przed „gromowładnym” prezydentem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook