Powszechny jak milioner

Dawno, dawno temu, jeszcze w poprzednim wieku, bycie milionerem było czymś wyjątkowym. Na przykład przez niemal całe lata 80. XX wieku odsetek gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych, które mogły się pochwalić majątkiem przekraczającym 1 milion był w miarę stały i oscylował poniżej 3% ogółu.

Ćwierć wieku obowiązywania doktryny neoliberalnej później, bycie milionerem nie jest już niczym nadzwyczajnym. Według obliczeń Banku Rezerw Federalnych za rok 2016 odsetek gospodarstw domowych o majątku netto powyżej miliona dolarów wynosi 12%.

Według ekonomisty z Uniwersytetu Nowojorskiego, Edwarda Wolffa, liczba milionerów zaczęła lawinowo mnożyć się po roku 1995, aż po Wielką Recesję lat 2008-12, aby ponownie powrócić na ścieżkę wzrostową.

Przyrost liczby osób najbogatszych jest pokłosiem gwałtownego wzrostu nierówności, która nastąpiła po zmianach podatkowych oraz sposobie działania gospodarki na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Przepaść pomiędzy klasą średnią (o zarobkach rocznych pomiędzy 42 i 125 tysięcy dolarów), a klasą wyższą szybko zaczęła się powiększać. Szczególnie, że zarobki pierwszych pozostały w stagnacji, a drugiej wystrzeliły.

Wzrost zarobków od razu przełożył się na wzrost bogactwa. Według danych Pew Research Center, jeszcze w latach 70. XX wieku zarobki klasy średniej stanowiły 62% ogółu przychodów amerykańskich gospodarstw. Klasa wyższa miała 29%, a niższa 10%. W 2014 roku mniej liczna, ale dużo lepiej zarabiająca klasa wyższa zbiera już blisko połowę rocznych przychodów gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych. Klasa średnia spadła do 43%.

Jednak według Wolffa to nie bezpośrednie zarobki z pracy były jedyną przyczyną wzrostu nierówności. Bogatsi inwestują majątek w nieruchomości oraz papiery wartościowe. Dla obu warstw społecznych Wielka Recesja była dużym ciosem, ale to klasa wyższa wyszła z niej jeszcze bardziej wzmocniona. Dzięki dywersyfikacji majątku oraz odbiciu rynków finansowych po zapaści z lat 2008-2012 ilość milionerów zaczęła gwałtownie przyrastać.

Okazuje się, że nie tylko bycie zwykłym milionerem przestaje być wyjątkowe. Od początku lat 80. XX wieku ilość gospodarstw domowych o majątku powyżej miliona wzrosła o 100%. To jednak nic w porównaniu z osobami jeszcze bogatszymi. Ilość tych, którzy mogą wyrazić wartość swojego dobytku kwotą ośmiocyfrową urosła w tym samym czasie o 500%. W latach 2013-16 ilość takich gospodarstw domowych wzrosła z 400 do 630 tysięcy.

Od czasu gdy za sprawą Teda Sorensena, autora przemówień prezydenckich, John F. Kennedy, użył określenia, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” rządy patrzyły na przyrost majątków swoich obywateli przychylnym okiem. Bogactwo nielicznych miało się przełożyć na dobrobyt ogółu. Trudno jednak udowodnić, że gwałtowne bogacenie się 1% przełożyło się w jakikolwiek sposób na wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych.

Dziś - mądrzejsi o blisko cztery dekady doświadczeń - wiemy, że przyrost majątku jednej grupy społecznej prowadzi jedynie do wzrostu nierówności. Podobnie jak w przypadku minionej epoki, która zachęcała do większego wysiłku hasłem „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio”, również neoliberalne obietnice okazały się zwodnicze. Gdybyśmy mieli kiedyś budować inną rzeczywistość – szczególnie w kontekście automatyzacji – pamiętajmy o jednym. Nie wierzmy dobrze brzmiącym sloganom.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook