Powszechne przekwalifikowanie

Światowe Forum Ekonomiczne zakończyło doroczne spotkanie w Davos. Delegacje już opuściły szwajcarski kurort, kurz opadł, miasteczko powoli wraca do normalnego rytmu.

Poza medialną otoczką, która zazwyczaj skupia uwagę widzów (i słuchaczy) na sprawach towarzyskich, ŚFE jest zazwyczaj miejscem publikacji ciekawych raportów.

W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, na czele listy potencjalnych ryzyk cywilizacyjnych znajduje się kwestia zastępowania „ludzkich” miejsc pracy przez maszyny. Truizmem jest stwierdzenie, że nowe technologie będą przekształcać kolejne gałęzie gospodarki, gdyż zapewniają większą wydajność i zyski. Niestety stanie się to kosztem ludzi, którzy przegrają swoje stanowiska z bardziej efektywnymi automatami i staną się zagrożeni bezrobociem.

W zeszłym roku ŚFE ostrzegało, że czwarta rewolucja przemysłowa dokona rekonstrukcji rynku pracy, doprowadzając do utraty przynajmniej 5ciu milionów stanowisk w najbardziej rozwiniętych krajach do roku 2020. W trakcie tegorocznego spotkania konfrontowała światowych liderów z myślą o transformacji bieżącej siły roboczej – poprzez przekwalifikowanie lub podnoszenie umiejętności – aby mogła sprostać wyzwaniom jutra, spokojna o swoje posady.

Póki co globalna gospodarka ma się znakomicie. Napędzona masą pieniędzy - wydrukowaną przez banki centralne, osiągnęła stan, do którego wszyscy zdołali się przyzwyczaić od początku XXI wieku. Abstrahując od podstawowej kwestii, czy licznie zamożności społeczeństw wzrostem PKB ma jeszcze jakikolwiek sens, cześć analityków ostrzega, że duża część wzrostu gospodarczego odbywa się bez zwiększania ilości miejsc pracy. W samych Stanach Zjednoczonych zagrożone jest blisko 1,5 miliona posad. Obecnie zatrudnieni będą musieli podwyższyć swoje kwalifikacje – lub wręcz nabyć nowe – gdyż tworzące się stanowiska wymagają wiedzy specjalistycznej w takich obszarach jak: informatyka, matematyka, architektura czy inżynieria.

Wiele naukowych opracowań - dotyczących przyszłości rynku pracy – mówi wyraźnie, że czasy pojedynczych karier już się kończą. Szkolenia w ramach obecnych ścieżek mogą je przedłużyć, ale raczej nie zagwarantują zatrudnienia na całe życie. W celu zapewnienia elastyczności własnej kariery, trzeba będzie się przygotować na częste kursy i szkolenia, które ułatwią przejście z jednej posady na inną, w odmiennej branży.

Zmiany na rynku pracy powinny być wspierane przez modyfikację programów nauczania oraz metody szkolnictwa wyższego. Muszą dogonić transformację technologiczną, dać ludziom szansę do zaabsorbowania nowej wiedzy i umiejętności, nawet kilka razy w życiu.

Wydaje się, że bieżące przekształcenia siły roboczej nie są na tyle duże, aby bić na alarm i myśleć o głębokich reformach systemów edukacji. Być może podobne przemiany nie są jeszcze w orbicie zainteresowań polityków oraz administracji rządowej. Mam też wrażenie, że myślenie o szkoleniu specjalistów w przyszłości nie jest czymś co spędza sen z powiek władzom uczelni i akademickim wykładowcom.

Tymczasem - jak twierdził Francois Rabelais - natura nie znosi próżni.
To, o czym nie pomyślą władze – czy to uniwersyteckie czy państwowe – znajduję się w centrum uwagi prywatnej inicjatywy. Już dziś spółka konsultingowa KPMG planuje budowę centrum szkoleniowego, które będzie w stanie przyjąć nawet 1000 kursantów dziennie i zapewnić im dostęp do najlepszych fachowców oraz bazy wiedzy. Oczywiście, za odpowiednią opłatą i z certyfikatem firmy doradczej. Nim się ktokolwiek obejrzy, rynek będzie już uregulowany pod dyktando największych graczy. Tak to jednak bywa. To, co jest zagrożeniem dla jednych – jest zarazem szansą dla drugich.

A skoro już mowa o ryzykach. Każde Światowe Forum Ekonomiczne ma swoją mapę zagrożeń, które będą miały wpływ na kształt naszej planety, warunków gospodarczych czy światowego pokoju. W tym roku największe obawy - odwiedzających Davos - są związane ze środowiskiem naturalnym: ekstremalnymi zdarzeniami pogodowymi, katastrofami naturalnymi czy kwestią migracji (i adaptacji imigrantów) z przyczyn zmiany klimatycznych.

Równie silne znaczenie będą miały – zdaniem ankietowanych – zagrożenia związane z rozwojem technologicznym: cyberataki czy kradzież danych. Ciekawe też, że niedawne buńczuczne przechwałki prezydenta Trumpa oraz dyktatora Kim Dzong Una spowodowały wzrost ryzyka wojny atomowej.

Tak się prezentuje głos ogółu.
Tymczasem lista obaw przedsiębiorców jest tak odmienna, że mogłoby się wydawać, iż liderzy biznesu zasiedlają jakąś inną planetę. Jakie środowisko naturalne, zagrożenie technologiczną wtopą czy groźba wojny nuklearnej. Najgorsze są: bezrobocie oraz brak wykwalifikowanych rąk do pracy, kryzysy fiskalne oraz nieporadność administracji rządowej. W tle majaczą jeszcze potencjalne szoki wywołane wahaniami kosztów oraz niestabilność społeczna. Najlepszym remedium na większość bolączek biznesmenów wydaje się po prostu likwidacja państwa. Rynek, a raczej jego niewidzialna ręka sama wszystko załatwi.
Prawda?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook