Amazon Go, a przyszłość rynku pracy

Przytłoczeni zalewem lokalnych informacji, którymi żyły media tradycyjne i społecznościowe, mogliście nie zauważyć, że w Seattle właśnie urzeczywistniła się wizja sklepów przyszłości. Być może idąc naszym detalistom na rękę – zagrożonych brakiem możliwości handlowania w niedzielę, Amazon otworzył pierwszy punkt, w którym nie ma sprzedawców, kasjerów, ani nikogo z obsługi (poza – póki co – osobami wykładającymi towar, ale one akurat mogą nie pracować w dniu wolnym).

Amazon Go jest placówką prototypową. Kupujący muszą mieć zainstalowaną odpowiednią aplikację na smartfonie, ale jeśli ją posiadają, mogą brać produkty z półek do toreb i opuścić sklep bez czekania w kolejce do kasy. Inteligentne maszyny będą wiedziały ile towaru zostało zebrane z półki – i przez kogo, a następnie - po najdalej dwóch minutach od opuszczenia magazynu - prześlą rachunek, potwierdzające dokonanie zakupów.

Być może w praktyce wyjdą jakieś luki w działaniu Amazon Go, ale jest to początek rewolucji dla całej branży detalicznej. Wkrótce wszystkie liczące się – lub chcące się nadal liczyć – sieci handlowe pójdą drogą wyznaczoną przez Jeffa Bezosa.

Z resztą korzyści są niebagatelne. Brak personelu to niższe koszty działania. Rejestrowanie zakupów w czasie rzeczywistym daje potężne narzędzie do analizowania optymalnego stanu zaopatrzenia punktu handlowego. Na dodatek ciągły nadzór nad placówką minimalizuje kradzieże sklepowe (które – nawiasem mówiąc – były najczęściej dokonywane przez samych pracowników).

Możemy być więc pewni, że czeka nas następna fala automatyzacji, która spowoduje, iż inteligentne maszyny przejmą dużą część pracy, wykonywanej obecnie przez ludzi. W samych Stanach Zjednoczonych handel detaliczny to blisko 16 milionów etatów. Do tego doliczyć trzeba jeszcze ponad 5 milionów zatrudnionych w szeroko rozumianych usługach transportowych i magazynowych – branży zagrożonej przez pojazdy autonomiczne czy automatyzację hurtowni.

Oczywiście nie wszyscy stracą zatrudnienie z dnia na dzień. Ten proces będzie trwał latami, ale nie powinniśmy mieć złudzeń, że przebiegnie w innym kierunku niż eliminacja miejsc pracy. Ci, którzy będą właścicielami maszyn staną się bogatsi. Tracący miejsca pracy będą zdesperowani.

Z pewnością najtrudniej przyjdzie nam czynne przeciwstawianie się zmianom technologicznym. Historia wielokrotnie uczyła nas, że tego typu aktywność jest pozbawiona sensu. Tym bardziej, że - obiektywnie rzecz ujmując - postęp daje mnóstwo korzyści, nie tylko właścicielom kapitału. Już dziś szacuje się o ile urosną największe gospodarki świata, dzięki automatyzacji. Problemem nie jest kwestia pompowania PKB, ale redystrybucja dochodów, aby zapewnić spokój społeczny w erze post pracy.

Być może już dziś warto szukać opcji, które mogą zaradzić gniewowi bezrobotnych mas i piętrzącym się fortunom nielicznych. Wspomogę się w tymi miejscu zestawieniem, które przygotował dla czytelników Guardiana Larry Elliott.

Najprostszą formą szukania równowagi – według Billa Gatesa nawet nieuniknioną – jest podatek od robotów. Płaciliby go przedsiębiorcy, którzy zastępowaliby ludzi maszynami. Niestety, taka forma redystrybucji dochodów musi mieć wymiar globalny, gdyż w innym przypadku liderzy - którzy jako pierwsi wprowadziliby rozwiązanie do swoich systemów fiskalnych – narażaliby się na spowolnienie procesu automatyzacji, co z kolei obniżałoby konkurencyjność ich gospodarek. Na taki krok nie zdecydują się z pewnością rywalizujące ze sobą kraje rozwinięte. Dla pozostałych państw byłoby to ekonomiczne samobójstwo.

Innym ciekawym rozwiązaniem byłaby zmiana myślenia o gospodarce poprzez wdrażanie alternatywnego modelu właścicielskiego. Patrząc na ekonomię jako całość – niosącą korzyści, ale też i zagrożenia – właściciele kapitału, inwestujący w nowe technologie, musieliby też brać pod uwagę cele interesariuszy, a więc: pracowników (wraz z rodzinami), partnerów biznesowych czy szerzej - społeczności lokalnej.

Głównym postulatem jest tworzenie funduszu majątku obywatelskiego (posiadającego szerokie udziały we wszystkich działających przedsiębiorstwach), który wypłacałby powszechną dywidendę kapitałową. Środki na świadczenia pochodziłyby ze zbywania aktywów lub z podatków płaconych przez posiadaczy kapitału, których majątki zyskiwałyby dzięki automatyzacji.

Trudno mi ocenić aplikacyjność powyższego rozwiązania, które jest dużo bardziej skomplikowane od idei podatku od robotów. Na dodatek jest obciążone tym samym „grzechem” w postaci podnoszenia kosztów przez windowanie obciążeń fiskalnych. Z drugiej strony jest to kolejny pomysł, który zakłada oskładkowanie kapitału, a nie pracy. Tyle, że w realnym świecie legislacje fiskalne największych gospodarek świata idą w przeciwnym kierunku, obniżając daniny podatkowe, w celu przyciągnięcia inwestycji.

Skoro jednak doszliśmy do kwestii powszechnej dywidendy kapitałowej został nam jedynie krok do bezwarunkowego dochodu podstawowego, do którego trwają przymiarki jak świat długi i szeroki. Póki co eksperymentalne projekty bazują na dochodach budżetu, na który składają się głównie dochody z pracy. W świetle nadchodzącej automatyzacji nie jest to pewne źródło pieniędzy. Jeśli rządom będzie zależało na jak najdłuższym aktywizowaniu społeczeństwa poprzez zatrudnienie, należy nakładać większy ciężar fiskalny na właścicieli kapitału, a ulgi rozdawać tylko oferującym etaty.

Wszystkie rozwiązania są kuszące, ale wymagają szerokiej przebudowy myślenia o gospodarce i społeczeństwie. Bez tego trudno będzie znaleźć fundusze na ich sfinansowanie. Automatyzacja już zabiła miejsca pracy w rolnictwie, a obecnie trwa finałowa rozgrywka w produkcji. Z kolei przykłady jakimi są Amazon Go czy pojazd autonomiczny pokazują, że kolejnym celem maszyn są usługi. Na pierwszy ogień pójdą gorzej płatne, wymagające rutynowych czynności prace popularne wśród klasy niższej, jak sprzedawcy czy kierowcy. Jednak nie powinniśmy mieć złudzeń. W kolejce czekają już zawody przypisywane klasie średniej: prawnicy, doradcy biznesowi, dziennikarze czy pracownicy biurowi.

Wspominałem już w jednym z poprzednich artykułów, że światowi decydenci są świadomi nadciągającego zagrożenia. W trakcie tegorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos debatowano nad koniecznością inwestycji w edukację, szkolenia i przekwalifikowanie pracowników, aby mogli oprzeć się fali automatyzacji. Jako rozwiązanie postulowano rozważenie ulg podatkowych dla inwestujących w kapitał ludzki.

Elliott twierdzi, że rozterki związane z szansami i zagrożeniami jakie niesie automatyzacją przypominają dyskusje nad globalizacją. Podobnie - jak w przypadku wykorzystania inteligentnych maszyn - widziano wiele korzyści, które przyniesie swobodny przepływ towarów, usług, ludzi i pieniędzy. Nadziejom towarzyszyły obawy o utratę stabilności społecznej w krajach rozwiniętych. Wierzono, że uda się jej zapobiec poprzez zwiększenie środków na edukację, przekwalifikowanie czy wzmocnienie sieci bezpieczeństwa socjalnego.

Globalizacja przyniosła zakładane korzyści i - niestety – zmaterializowała wszystkie lęki. Jednak obietnica wykorzystania części przychodów na cele społeczne nigdy się nie zmaterializowała. Co więcej, wywołane wstrząsy zmusiły administracje rządowe do bardziej skromnego gospodarowania budżetem. Nie zwiększono nakładów na edukację, nie zaoferowano darmowego przekwalifikowania, obcięto wydatki socjalne.

W raporcie firmy doradczej McKinsey można przeczytać, że offshoring (przenoszenie zakładów pracy do lokalizacji o niższych kosztach) bezpowrotnie zniszczył całe gałęzie przemysłu, a utracone stanowiska nigdy nie zostały odtworzone.

Obecne wysysanie miejsc pracy ze świata realnego do wirtualnego działa na podobnej zasadzie. Musimy założyć najgorsze: sytuacja na rynku pracy nie będzie się poprawiała. Tego uczy nas najnowsza historia gospodarcza.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook