Cłami w Chiny

Już w trakcie wyścigu prezydenckiego Donald Trump nie oszczędzał w słowach opisując relacje handlowe z Chinami. Być może jego zacietrzewienie było na pokaz i miało jedynie przyciągnąć zwolenników protekcjonizmu, ale według danych zgromadzonych w raporcie think tanku Economic Policy Institute (EPI), dysproporcje w obrocie miedzy obu państwami rzeczywiście działają niekorzyść Stanów Zjednoczonych.

Nie jest to oczywiście żadna sensacja. Gospodarka Chin nigdy nie była wolnorynkowa. Władze z Pekinu manipulują wartością waluty, dopłacają do eksportu, opodatkowują import oraz ręcznie sterują rozwojem najbardziej konkurencyjnych sektorów.

W zderzeniu z tak dobrze działającą – i sprawnie adaptującą się do zmian – gospodarką, Amerykanie nie mają większych szans. Mimo, że Stany Zjednoczone również stosują nieprzejrzyste praktyki dostępu do własnego rynku oraz ograniczają międzynarodową konkurencję. Jednak pozbycie się dużej części przemysłu wytwórczego – w ramach globalizacji - spowodowało uzależnienie od importu, a co za tym idzie gigantyczny deficyt w obrocie handlowym – blisko 375 miliardów dolarów.

Nie jest to jedyny problem. Z danych dostarczonych przez EOI wynika, że Amerykanie stracili od początku XXI wieku blisko 3,5 miliona miejsc pracy na korzyść Chin, z czego ponad 2,6 miliona w przemyśle. I co może być zaskoczeniem – gdyż burzy popularny mit – nie w sektorze stalowym i samochodowym (słynny Rust Belt), ale w produkcji elektroniki i podzespołów komputerowych.

Co ciekawe najbardziej na „współpracy” handlowej z Chinami ucierpiały stany, które w wyścigu o fotel e Białym Domu poprały Hillary Clinton: Oregon, Minnesota czy Kalifornia. ECI wylicza, że z powodu deficytu w handlu z Państwem Środka w każdym z wymienionych wyżej regionów ubyło od 2001 roku ponad 3,3% miejsc pracy.

Mimo, że to głównie wyborcy Demokratów – a nie jak się powszechnie uważa Republikanów – tracą na stosunkach gospodarczych z Chinami, Biały Dom ma zamiar podsycać popularne mity. Do tej pory Donald Trump jedynie ograniczał się do pogróżek pod adresem Pekinu, aby pokazać wyborcom, że nie zapomniał o składanych obietnicach. Przekonywanie amerykańskich korporacji do powrotu do domu, też nie wyszło poza fazę apeli , ewentualnie zawoalowanych ostrzeżeń. Jedynym zachęcającym gestem było darowanie koncernom podatku od sprowadzonej do Stanów Zjednoczonych gotówki z rynków zagranicznych.

Czas więc na decyzje radykalne. W zeszłym tygodniu Biały Dom ogłosił wprowadzenie taryf na import stali oraz aluminium. Teraz – jak donosi Washington Post – administracja Trumpa przygotowuje nałożenie ceł na ponad 100 produktów pochodzących z rynku chińskiego.

Biały Dom szacuje, że nowy pakiet celny da rocznie 60 miliardów dolarów wpływu do budżetu. Ma to być kara dla Pekinu za kradzież własności intelektualnej firm amerykańskich, które musiały się podzielić swoimi tajemnicami handlowymi, aby mieć dostęp do chińskiego rynku zbytu. Donald Trump liczy, że nowe taryfy celne zniechęcą importerów i zmuszą część producentów do otwarcia fabryk w Stanach Zjednoczonych, co pociągnie za sobą wysyp nowych miejsc pracy.

Wdrożenie nowego pakietu taryf celnych będzie wydarzeniem bezprecedensowym we współczesnych relacjach handlowych, szczególnie że ma dotyczyć dwóch największych potęg gospodarczych: Chin i Stanów Zjednoczonych. Jeszcze w zeszłym tygodniu – gdy na stole leżały tylko cła na aluminium i stal – można było dywagować na temat ewentualnych reperkusji ze strony dotkniętych sankcjami państw. Teraz w obliczu nowych kroków podjętych przez administrację Białego Domu – i tylko wobec jednego kraju - trzeba na nowo zapytać o możliwość wojny celnej.

Amerykańscy eksperci, doradcy oraz przedsiębiorcy krytykują działania Chin w zakresie naruszana własności intelektualnej. Istnieje jednak poważna obawa, że strategia obrana przez prezydencką administrację może dużo bardziej zaszkodzić - niż pomóc - gospodarce Stanów Zjednoczonych. Wyrażają ją głównie właściciele spółek handlujących z Państwem Środka, które mogą ucierpieć w pierwszej kolejności – po wprowadzeniu przez Pekin działań odwetowych. Z drugiej strony Donald Trump może liczyć na silny głos wsparcia związków zawodowych. Szef Alliance for American Manufacturing uważa, że przyszedł czas aby postawić tamę zalewowi amerykańskiego rynku przez chińskie produkty, gdyż przyczyni się to do wzrostu miejsc pracy i zamożności współobywateli.

Wspomniałem już wyżej, że deficyt w obrocie handlowym między Stanami i Chinami wynosi 375 miliardów dolarów. Amerykanie są uzależnieni od chińskiej produkcji, choć nie wszystkie towary pochodzą literalnie z Państwa Środka, gdyż wiele tamtejszych korporacji ma charakter międzynarodowy (tym trudniej będzie ograniczyć ich działalność). Z kolei najważniejszymi amerykańskimi towarami eksportowanymi do Chin są soja oraz części do samolotów i samochodów. Jak widać dysproporcje są ogromne i w razie zaostrzenia konfliktu Państwo Środka łatwo obędzie się bez wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, te zaś będą musiały szukać innych importerów na przykład z Bangladeszu czy Wietnamu, nie mając gwarancji czy znów nie kupują od podwykonawców chińskich przedsiębiorstw.

Konsekwencje kolejnych kroków prowadzących do wojny celnej z Chinami są nieznane. Nikt do tej pory nie próbował się konfliktować z największą gospodarką świata. Deficyt amerykańskiej gospodarki nie spadnie, bo będzie ona musiał kupować towary u droższych producentów. Spaść może popyt na amerykańskie towary na zagranicznych rynkach. Prawdopodobnie będzie można zaobserwować krótkotrwały wzrost zatrudnienia, wynikający z większej liczby otwierających się w Stanach przedsiębiorstw produkcyjnych. Czy – w dłużej perspektywie – przyniesie to oczekiwany boom gospodarczy w Ameryce? Albo odbierze palmę pierwszeństwa w globalnym handlu Chinom? Myślę, że wątpię.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook