Chiny w Europie, a Chiny w Ameryce

W krótkim okresie, dwóch tygodni, miały miejsca dwa wydarzenia, które pokazują różne podejście Europy i Stanów Zjednoczonych do kwestii chińskich inwestycji w regionie.

Pod koniec lutego niemiecką prasę obiegła sensacyjna wiadomość, że mało znany chiński producent samochodów – Geely, stał się mniejszościowym właścicielem koncernu Mercedes-Benz, obejmując 9,7% udziałów. Oczywiście powyższa informacja mogłaby być wstrząsem dla przeciętnego zjadacza frankfurterek popijanych piwem, ale dla obserwatorów rynku motoryzacyjnym czy szerzej chińskich zakusów względem europejskich spółek nie mogła być zaskoczeniem.

Według wyliczeń firmy prawniczej Baker McKenzie, chińskie firmy zainwestowały w zeszłym roku, w Europie, ponad 80 miliardów dolarów. Rekordowy napływ środków jest w tym wypadku wypaczony przez zakup szwajcarskiej firmy Syngenta (modyfikowane nasiona oraz pestycydy), która odpowiada za ponad połowę wyżej wymienionej kwoty (43 miliardy dolarów). Dla porównania – o czym będę pisał dalej - w Stanach Zjednoczonych udało się Chińczykom dokonać w zeszłym roku inwestycji za niecałe 30 miliardów dolarów.

Autorzy raportu zwracają uwagę, że jeszcze dekadę temu chińskie inwestycje w Europie zamykały się w kwocie 1 miliarda dolarów. Prawdziwym przełomem było pozyskanie przez Geely udziałów w Volvo od Forda, za skromną – z dzisiejszego punktu widzenia - sumę 1,8 miliarda dolarów. Tak więc Geely nie jest nowicjuszem na europejskim rynku. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy zainwestował na Starym Kontynencie ponad 12 miliardów dolarów, wykupując między innymi udziały w szwedzkim Volvo za ponad 1/4 tej kwoty.

Jakże inaczej traktuje się Chińskiego Smoka za Atlantykiem (a może powinno się napisać – za Pacyfikiem). Podejście amerykańskiej administracji do przejmowania rodzimych spółek doskonale obrazuje przypadek próby kupienia Qualcommu (największego producenta procesorów do telefonów komórkowych) przez singapurski Broadcom, za gigantyczną kwotę 130 miliardów dolarów. Ktoś może powiedzieć, o co chodzi singapurska spółka to nie Chiny, ale do tego też dojdziemy.

Prezydent Donald Trump   powołał się na zagrożenie bezpieczeństwa narodowego i jednym ruchem pióra przekreślił największą transakcję na rynku firm technologicznych, trwające od roku negocjacje i przygotowania do przejęcia, i to bez podania szczegółów swojej decyzji.

Dopiero w pismo z Departamentu Skarbu sugeruje, że przejęcie Qualcommu mogłoby potencjalnie pogorszyć pozycję technologiczną amerykańskiej gospodarki. Tym bardziej, że Broadcom działa jako inwestor finansowy, a nie strategiczny branżowy, co oznacza między innymi ograniczenie badań i rozwoju w przejmowanej spółce oraz wystawienie części jej majątku do dalszego odsprzedania.

Departament Skarbu ostrzega, że zakup Qualcommu przez singapurski Broadcom jest na rękę Chinom – a szczególnie Huawei, któremu ubędzie istotny konkurent na rynku procesorów. Stąd decyzja prezydenta o odwołaniu transakcji.

Być może postępowanie Donalda Trumpa w przypadku tak znacznego przejęcia – przypomnę 130 miliardów dolarów – robi wrażenia gry pod publiczkę. Jednak – jak zauważają komentatorzy gospodarczy – od kilu miesięcy specjalna komisja CFIUS (Komicja ds. Zagranicznych Inwestycji na terenie Stanów Zjednoczonych) przegląda skrupulatnie wszystkie transakcje transgraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których chińscy inwestorzy próbują kupić amerykańskie spółki technologiczne. W większości przypadków nie dochodzi do finalizacji umowy właśnie z powodu obaw o naruszenie bezpieczeństwa narodowego.

Wzmożone działanie władz amerykańskich, które próbują ograniczyć ekspansję chińskim przedsiębiorstwom widać w liczbach. W porównaniu z rokiem 2016, w 2017 chińskie inwestycje w Stanach Zjednoczonych spadły o 30% i osiągnęły kwotę 30 miliardów w zamkniętych transakcjach.

Działalność chińskich spółek inwestycyjnych jest bardzo różnie traktowana w Europie i w Stanach Zjednoczonych. W styczniu Amerykanom udało się uniknąć przejęcia firmy MoneyGram (transfery przekazów pieniężnych) przez chińskiego giganta płatności online – Ant Financial. Stany Zjednoczone obroniły się też przed zalewam ich rynku telefonów komórkowych przez Huawei, który chciał podpisać umowę z AT&T na dystrybucję ich urządzeń. Innym przykładem jest próba przejęcia przez chiński fundusz inwestycyjny producenta układów scalonych Lettice Semiconductor, zablokowana przez prezydenta Obamę.

Chińska ofensywa inwestycyjna w Europie to z pewnością – w jakiejś mierze - pokłosie ograniczeń stawianych przez amerykańskich regulatorów rynku. Inwestorom z Państwa Środka nie brak gotówki, ale skoro Ameryka jest dla nich zamykana, nie pogardzą Starym Kontynentem i jego spółkami. Na przykład wspomniany już Huawei – niezrażony amerykańską porażką - sprzedał w zeszłym roku w Europie więcej smartfonów niż Samsung i Apple razem wzięte. Obecnie spółka jest głównym dostarczycielem urządzeń dla hiszpańskiego sektora telekomów, a w roku bieżącym ma zamiar podbić Wielką Brytanię.

Jednak wzmożony napływ środków z Chin zaczyna też niepokoić europejskich polityków. W Niemczech już od ponad roku – od momentu gdy chińska Midea przejęła pakiet kontrolny producenta robotów Kuka – trwają prace nad ochroną rodzimego rynku przed zakusami obcych inwestorów. Ciekawe czy transakcja Mercedesa i Geely przyśpieszy krystalizację nowych zasad na rynku przejęć.

Chińskie inwestycje mają też inne konsekwencje. Dobrze obrazuje to przypadek ubezpieczyciela Anbang Insurance. Skupował on nieruchomości na rynku amerykańskim, gównie biura oraz luksusowe hotele, jak słynny Waldorf Astoria. Jednak chiński regulator rynku ubezpieczeniowego uznał, że spółka ma kłopoty z płynnością i nie namyślając się wiele od ręki wprowadził zarząd komisaryczny (na rok) i zaczął ścigać właścicieli. De facto oznacza to, że szereg luksusowych nieruchomości w Stanach Zjednoczonych znajduje się w rękach chińskiego rządu.

Amerykańscy władze są bardzo wyczulone na chińskie firmy – często o nieprzejrzystych strukturach własności, które próbują kupić przedsiębiorstwa czy nieruchomości na terenie Stanów Zjednoczonych. Przypadek Angang Insurance jest dobrym przykładem takiego kuriozum. Spółka w ciągu doby została znacjonalizowana, chroniąc jednocześnie majątek przed wierzycielami. Póki co Europie nie przeszkadza buszowanie chińskich inwestorów i skupowanie najróżniejszych aktywów. Być może bardziej protekcjonistyczna postawa Ameryki zmieni to podejście. Albo trzeba będzie poczekać, aż niefrasobliwy chiński fundusz inwestycyjny padnie i nagle okaże się, że Pekin jest właścicielem Bramy Brandenburskiej lub Wieży Eiffla.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook