La richesse oblige
Działalność charytatywna milionerów czy miliarderów zazwyczaj dotyczy regionów, które dla uproszczenia nazywamy trzecim światem. Tam koncentrują swoje wsparcie fundacje Billa i Melindy Gatesów czy najbogatszej Polki – Dominiki Kulczyk. Na stronach internetowych wymienionych wyżej instytucji możemy dowiedzieć się o projektach, które wspierają gorzej rozwinięte obszary budując potrzebną infrastrukturę, wspierając edukację najmłodszych czy zapewniając podstawową opiekę medyczną.
Pomoc biednym, chorym czy pozbawionym dostępu do edukacji, mieszkającym na krańcach świata jest działalnością ważną i potrzebną. Choć pisałem już wcześniej, że część krajów – szczególnie afrykańskich – poza otrzymaniem wsparcia życzyłaby sobie z pewnością, aby ich po prostu nie okradać z posiadanego czy wypracowanego majątku. Tymczasem coraz większa grupa najbogatszych mieszkańców Ziemi zaczyna sobie zdawać sprawę, że w ich własnych krajach znajdują się niezmierzony pokłady biedy i ludzkiego nieszczęścia.
W swoiste tournee po Stanach Zjednoczonych odbył już Mark Zuckerberg, a ostatnio także małżeństwo Gatesów. Ich spostrzeżenia są zadziwiająco zbieżne - Ameryka to nie tylko kraj ludzi zadowolonych z życia, przedsiębiorczych i dobrze uposażonych. Przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi w Stanach Zjednoczonych jest monstrualna, a co najważniejsze – i co znalazło swoje odzwierciedlenie w raporcie Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) – izolacja pomiędzy grupami społecznymi jest tak duża, że przeciętny obywatel z klasy średniej nie ma realnego kontaktu ze strefami ubóstwa.
Jak przekonuje dziennikarka Quartza, Annalisa Merelli, odkrywanie biedy w Ameryce jest zarówno łatwe, jaki trudne. Łatwe, bo ludzi w złej sytuacji życiowej można spotkać w każdej społeczności. Trudne, gdyż zjawisko ubóstwa umyka łatwemu podziałowi na biedne wsie i bogate metropolie. Sposób funkcjonowania amerykańskiego społeczeństwa powoduje, że ścieżki biednych i bogatych rzadko kiedy się przecinają. Można nawet – podpierając się analizą konsultanta przy ONZ, amerykańskiego profesora prawa Philipa Alstona – mówić o rzeczywistości równoległej, w której żyją, niezależne od siebie, kolejne warstwy społeczne.
Rażące dysproporcje pomiędzy klasami w Stanach Zjednoczonych wynikają z braku: wydolnego systemu opieki społecznej, dobrej jakości edukacji publicznej, powszechnej opieki zdrowotnej czy dostępu do komunikacji. Powyższe deficyty powodują, że coraz trudniej jest poruszać się w górę drabiny społecznej. I nie chodzi już o spełnienie American Dream – od pucybuta do milionera, ale o zwykły awans społeczny do klasy średniej czy aspirującej.
To co przez lata wydawało się niezaprzeczalną przewagą Stanów Zjednoczonych, czyli doskonałe uniwersytety i szkoły wyższe, lub najbardziej zaawansowana technologicznie specjalistyczna służba zdrowia, staje się coraz mniej dostępne dla przeciętnych obywateli. Cóż z tego, że Ameryka może się poszczycić najbardziej prestiżowymi uczelniami, skoro koszty edukacji – nawet w placówkach stanowych – są kilkukrotnie wyższe, niż w Europie.
Podobnie wygląda z opieka zdrowotna. Powszechność służby zdrowia na Starym Kontynencie jest zdecydowanie większym atutem, niż prywatne amerykańskie kliniki, które potrafią dokonywać medycznych cudów. Szczególnie gdy myślimy w szerszej perspektywie - o dobrze funkcjonującym społeczeństwie.
Wspomniany już raport Alstona dla ONZ, punktuje słabość amerykańskiego systemu usług publicznych, wyrażającą się brakiem całościowego pomysłu na wsparcie dla osób o niższych dochodach. Społeczeństwo przywykło postrzegać ludzi ubogich jako leniwych i nieporadnych życiowo, których nie warto wspierać, gdyż brak im woli i chęci do zmiany swojego położenia.
Dbanie o indywidualne interesy powoduje, że rdzewieje potrzeba niesienia pomocy osobom w ciężkiej sytuacji życiowej. Kolejne reformy fiskalne ograniczają jeszcze bardziej szansę na powstanie kompleksowego i efektywnego systemu wsparcia socjalnego. Zresztą podatnicy nie chcą, aby państwo wydawało pieniądze na tego typu inicjatywy. Według badania Alstona, altruizm i praca charytatywna na rzecz ubogich mają być domeną działań bogatych - jak w świecie z XIX wieku, albo korporacji - w ramach CSRu, społecznej odpowiedzialności biznesu.
W krajach europejskich za sprawne działanie edukacji, opieki zdrowotnej czy innych usług publicznych odpowiada rząd oraz administracja samorządowa, a finansowanie jest rozłożone pomiędzy obywateli, płacących podatki w zależności od wysokości dochodów. W Stanach Zjednoczonych coraz więcej stref życia publicznego jest prywatyzowana, nie powinien więc dziwić fakt, że Amerykanie wskazują na miliarderów, jako potencjalne źródło utrzymywania najuboższych. Kiedyś się mówiło Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje, obecnie powinno to brzmieć: richesse oblige.
Komentarze
Prześlij komentarz