Nieznane nieznane
Wprowadzanie ceł importowych na stal (25%) i aluminium (10%) stanie się faktem w ciągu najbliższego tygodnia. Nikt nie ma pewności co decyzja, podjęta przez prezydenta Trumpa, przyniesie amerykańskiej gospodarce i całemu światu. Doradcy ekonomiczni, analitycy rynku oraz politycy dwoją się i troją, aby odgadnąć przyszłość. Być może będzie to początek spektakularnego odrodzenia Stanów Zjednoczonych – jak chcieliby zwolennicy Republikanów - lub wstęp do ogólnoświatowej wojny celnej.
Ustalenie opłat celnych ma pobudzić amerykańską gospodarkę i zwiększyć pulę miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych. Z woli prezydenta Trumpa to właśnie produkcja stali oraz aluminium ma dać impuls pozostałym sektorom. Według doradców Białego Domu taryfy nie będą miały negatywnego wpływu na amerykańskich odbiorców surowców, czy to wyprodukowanych lokalnie czy importowanych.
Tymczasem według raportu przygotowanego przez Trade Partnership Worldwide, firmę konsultingową badającą wpływ polityki handlowej państwa na sytuację ekonomiczną kraju, wynika, że podniesienie ceł na stal i aluminium odbije się echem w całej amerykańskiej gospodarce, doprowadzając w efekcie do ubytku miejsc pracy.
Autorzy publikacji zwracają uwagę, że pomijając całkiem realną groźbę działań odwetowych innych państw wobec Stanów Zjednoczonych, podniesienie taryf przyniesie korzyści branży stalowej i aluminiowej. Zarówno w zakresie zwiększenia produkcji, jak i zatrudnienia, które ma wzrosnąć o blisko 35 tysięcy.
Niestety to koniec dobrych informacji. Negatywne skutki nowej polityki handlowej Stanów Zjednoczonych odczują wszystkie pozostałe sektory - szczególnie te, korzystające z wyrobów stalowych i aluminiowych. Przewiduje się, że w wyniku sztucznej ingerencji w warunki produkcji stali i aluminium, w innych branżach ubędzie nawet 180 tysięcy miejsc pracy
Ogólnie rzecz ujmując, na jedno utworzone stanowisko, przypadnie likwidacja pięciu. Autorzy przewidują, że stracą przede wszystkim pozostałe branże produkcyjne, zależne od stali i aluminium. Na dodatek z powodu wzrostu cen gotowych produktów, których odbiorcami są przeciętni konsumenci, zmniejszy się siła nabywcza gospodarstw domowych. To z kolei wpłynie na mniejsze dochody sektora usług, głównie: edukacji, rozrywki czy gastronomii. I pociągnie za sobą kolejne zwolnienia.
W zasadzie w tym miejscu możemy wejść w drugą pętlę iteracji. Kolejne spadki dochodów zmniejszą rentowność następnych branży, co będzie prowadziło do dalszych zwolnień. Prawdziwa spirala śmierci.
Nie łudźmy się jednak, że pierwotną przyczyną będzie podniesienie ceł na stal i aluminium. Amerykańska gospodarka już od dłuższego czasu znajduje się na swoistej równi pochyłej. Dzięki sprawnie przeprowadzonej globalizacji, miliony miejsc pracy wywędrowały za granicę. W najlepszym przypadku do sąsiedniego Meksyku.
Mimo, że Stany Zjednoczone mogą się poszczycić 2,5% wzrostem PKB oraz bezrobociem na poziomie 4,1%, to rozwój gospodarczy kraju odbywa się przy topniejącym udziale siły roboczej – tylko 63% osób w wieku produkcyjnym ma pracę.
Zresztą nie chodzi tylko po poziom zatrudnienia. Przerzucając większą część produkcji do tańszych lokalizacji – na przykład do Południowo-Wschodniej Azji – Stany Zjednoczone tracą przewagę technologiczną. Trudno jest rozwijać nowoczesne, bardziej kapitałochłonne systemy produkcji, skoro nie ma się nie ma z nią bezpośredniego kontaktu. Bardzo dobrze ujął to prezes Apple’a, Tim Cook w wywiadzie dla Forbesa. Zapytany o przyczynę otwierania centrów deweloperskich poza Stanami Zjednoczonymi, zwrócił uwagę, że w Ameryce wszystkich potrzebnych mu programistów można zamknąć w jednej szkolnej salce. W Chinach podobnej klasy specjalistami zapełni się trzy stadiony.
Pomijając całą obrazowość wypowiedzi Cooka, jej sedno tkwi w problemie braku dostępu do nowoczesnych technologii produkcji. Niezmiernie trudno jest zaprojektować nowe urządzenie, skoro maszyna je wytwarzająca znajduje się u podwykonawcy głównego dostarczyciela komponentów, gdzieś w dalekiej Azji. W konsekwencji w Ameryce brakuje wykwalifikowanych inżynierów i techników, potrafiących nie tylko zarządzać produkcją, czy ją rozwijać, ale nawet utrzymać maszyny w odpowiednim stanie technicznym.
Zmuszając amerykańskich przedsiębiorców do powrotu produkcji do Stanów Zjednoczonych, Donald Trump chce zmienić obecny bieg historii. Prawdopodobnie nie uda mu się to bez twardych decyzji i ryzykownych posunięć. Właśnie takich jak wprowadzenie ceł na stal czy aluminium. Pytanie tylko czy istnieje inna droga, aby przerwać bieżący bieg wypadków i przywrócić amerykańską potęgę?
I jeszcze na koniec kwestia zatrudnienia. Oczywiście w początkowej fazie powrotu produkcji do Stanów Zjednoczonych branże będą szukały specjalistów i zwiększały zatrudnienie. Jednak nie możemy mieć złudzeń, że idylla będzie trwała w nieskończoność. Rozwój technologiczny będzie wypierał ludzi z hal fabrycznych – tak jak to miało miejsce do tej pory. Roboty i sztuczna inteligencja zajmą ostatecznie miejsca robotników i większości inżynierów. Chodzi tylko o to, żeby roboty miały przyśrubowaną tabliczkę: Made in USA.
Komentarze
Prześlij komentarz