Brexit a sprawa polska
Mimo, że referendum dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej odbyło się ponad dwa lata temu, nie znika napięcie pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Brexitu. W świetle stagnacji gospodarczej kraju i kiepskich perspektywach na przyszłość, odżywa dyskusja o sens opuszczania Unii przez Zjednoczone Królestwo.
Im bliżej finalnych rozstrzygnięć, tym spór obu frakcji staje się ostrzejszy. Padają oskarżenia o manipulowanie wyborcami, serwowanie fałszywych obietnic i nadużycia finansowe – z jednej strony, oraz o podważanie decyzji głosujących oraz łagodzenie stanowiska rozwodowego – z drugiej.
Przypomnę, że rzecznicy Brexitu przekonywali, iż Wielka Brytania – uwolniona od brukselskiej biurokracji – znów będzie się mogła rozwijać bez przeszkód, stając się globalną potęgą. Niestety, nawet najbardziej przychylne scenariusze pokazują, że skutki opuszczenia Unii będą dla Zjednoczonego Królestwa gospodarczą katastrofą.
Skoro zawodzą analizy, a na horyzoncie brak racjonalnych powodów, aby dalej ciągnąć ten cyrk, można zawsze sięgnąć po wartości absolutne: święte prawo demokracji. „Zwróciliśmy się do suwerena z prośbą o werdykt, a ten się wypowiedział za Brexitem, musimy teraz uszanować jego wolę.”
Trzeba przyznać, że w tym przypadku zwolennicy opuszczenia Unii traktują demokrację mocno wybiórczo. Trudno o większą hipokryzję. Brexit będzie miał negatywny wpływ na brytyjską gospodarkę, stosunki społeczne i pozycję międzynarodową. Jest wyborem dokonywanym na lata, z którego konsekwencjami będą się musiały mierzyć kolejne pokolenia.
Z kolei przeciwnicy opuszczania Unii stoją na stanowisku, że prawdziwa demokracja pozwala na przyznanie się do błędu oraz umożliwia ponowne przemyślenie decyzji. Szczególnie gdy na szali leżą losy kraju.
Dyskusja o rozwodzie Wielkiej Brytanii z Unią może i powinna być dla nas, Polaków, ciekawą lekcją demokracji i dbania o interesy kraju. Tym bardziej, że poznając argumenty obu stron (i nie wdając się w pyskówki pomiędzy frakcjami), niełatwo jednoznacznie przyznać rację którejś ze stron.
Być może warto w tym miejscu przypomnieć słowa, które wygłosiła Theresa May zaraz po objęciu stanowiska premiera rządu Jej Królewskiej Mości. Pokazują one dobitnie, że elity polityczne doskonale zdawały sobie sprawę z nastrojów społecznych i czym faktycznie było głosowanie za Brexitem. Oddaję głos pani premier.
„(...) referendum nie było jedynie głosem za wycofaniem się z UE. Chodziło o coś szerszego - o coś, co Unia Europejska sobą reprezentuje. Chodziło o poczucie wielu ludzi - głębokie i często usprawiedliwione - że świat działa dobrze dla nielicznych uprzywilejowanych, ale nie dla nich.
To był głos nie tylko po to, aby zmienić brytyjskie stosunki z Unią Europejską, ale również za zmianą sposobu funkcjonowania naszego kraju - i ludzi, dla których ten kraj pracuje - na zawsze. (...)
Nasze społeczeństwo powinno funkcjonować na rzecz wszystkich, ale jeśli nie możesz sobie pozwolić na zakup nieruchomości lub Twoje dziecko utknęło w złej szkole, nie masz wrażenia, że funkcjonuje na Twoją korzyść.
Nasza gospodarka powinna działać na rzecz wszystkich, ale jeśli twoje zarobki stoją przez kilka lat z rzędu w miejscu, a wydatki ciągle rosną, to nie masz przekonania, że działa z korzyścią dla Ciebie.
Nasza demokracja powinna funkcjonować na rzecz wszystkich, ale jeśli od lat próbujesz mówić, że trzeba coś zmienić, a Twoje skargi nie są słyszane, nie masz wrażenia, że to funkcjonuje dla Ciebie.
Korzenie społecznej rewolucji sięgają głęboko, bo to nie zamożni najwięcej poświęcili po krachu finansowym (Wielka Recesja), ale zwykłe rodziny klasy pracującej.
A jeśli jesteś jedną z tych osób, które: straciły pracę, albo utrzymały ją, ale w zmniejszonym wymiarze godzin, doznały obniżki płac, gdy rachunki gospodarstw domowych gwałtownie wzrosły, lub - i wiem, że wiele osób nie lubi się do tego przyznać – otrzymują niższe płace z powodu imigracji pracowników o niskich kwalifikacjach, życie po prostu nie wydaje się sprawiedliwe.
Może się wydawać, że twoje marzenia zostały poświęcone w służbie innym.
Tak więc zmiana musi nadejść.
Bo jeśli nie zareagujemy - jeśli nie skorzystamy z tej okazji, aby wprowadzić zmiany, których ludzie oczekują - resentymenty będą rosły. Podziały będą się umacniać.
I to byłaby katastrofa dla Wielkiej Brytanii.”
Jeśli w świadomości Brytyjczyków, głosowanie za Brexitem było wyzwaniem do zmiany funkcjonowania państwa, to trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy którykolwiek punkt z postulatów suwerena został spełniony?
Załóżmy, z dużą dozą prawdopodobieństwa, że – w powodu gorączkowych negocjacji z Brukselą, które pochłonęły władze brytyjskie – odpowiedź na powyższe pytanie pozostaje negatywna. Czy - w takim razie - ponowne referendum, do którego prze część społeczeństwa, polityków, mediów i środowisk biznesowych, pomoże rozwiązać realne problemy Zjednoczonego Królestwa? Szczególnie jeśli zakończy się wygraną zwolenników pozostania w Unii.
Wydaje mi się, że wyrażana przez wyborców – w pierwotnym referendum - potrzeba zmiany musi się ziścić. Nie ważne czy stanie się to wewnątrz czy poza Unią, choć wiele wskazuje, że opcja numer dwa jest bardziej korzystna. Jeśli zostanie po staremu, resentymenty wrócą za jakiś czas ze zdwojoną siłą, a wówczas skończy się prawdziwą katastrofą.
Komentarze
Prześlij komentarz