Niewolnicze łańcuchy
Jakiś czas temu pisałem, że pomaganie Afryce – jakkolwiek potrzebne i chwalebne – powinno odbywać się równolegle z zakończeniem okradania tego potężnego kontynentu z jego pieniędzy. Artykuł Lorenzo Kamela z Al Jazeery dobitnie pokazuje, jak trudno jest odzyskać upragnioną niezależność byłym koloniom oraz zrzucić historyczne jarzmo europejskich potęg. Co gorsza, ignorując niewygodną rzeczywistość, ciągle będziemy – jako Europejczycy – zaskakiwani kolejnymi falami imigrantów z Czarnego Lądu.
Francja nadal nadzoruje połowę rezerw walutowych czternastu (14!) swoich byłych kolonii w Afryce. Oznacza to, że żadne z tych państw nie może prowadzić niezależnej polityki makroekonomicznej czy pieniężnej. Co więcej Paryż, który bez skrępowania rozporządza nieswoimi pieniędzmi, zarabia miliardy euro na pożyczaniu byłym koloniom ich własnych pieniędzy. Francja, która już dekady temu uznała niepodległość swoich kolonii, nadal kształtuje życie milionów Afrykanów, decydując o ich teraźniejszości oraz przyszłości.
Przypomnę, że biorąc pod uwagę jedynie tak zwaną Afrykę Subsaharyjską, 75% dorosłej populacji kontynentu żyje za mniej niż 2 dolary dziennie. Brak możliwości prowadzenia własnej polityki gospodarczej powoduje, że państwom afrykańskim trudno jest prowadzić skuteczną walkę z ubóstwem. Dla wielu biednych mieszkańców jedyną drogą do podniesienia stopy życiowej jest migracja do Europy.
Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że byli kolonizatorzy, w tym przypadku Francja, prowadząc politykę kontroli nad Afryką, sami są odpowiedzialni za falę migracji ekonomicznej, która szturmuje ich brzegi. Niestety wielu Europejczyków nie dostrzega związku przyczynowo skutkowego, skupiając się jedynie na końcowym ogniwie łańcucha.
Powyższy przykład nie jest jedynym, który podkreśla uzależnienie Czarnego Lądu od Europy. Zaraz po odzyskaniu niepodległości byli kolonizatorzy zabezpieczali swoje prawa, podpisując z nowymi władzami dwustronne umowy handlowe. Jak to jednak często bywa gdy jeden z sygnatariuszy ma znaczącą przewagę negocjacyjną, bilateralny układ był korzystny tylko dla jednej ze stron.
Gdyby jednak ktoś uważał, że powyższe praktyki należą do przeszłości, to warto zwrócić uwagę na porozumienie zawarte przez Unię Europejską na początku 2014 roku z Wspólnotą Gospodarczą Państw Zachodniej Afryki (tak zwany ECOWAS). To właśnie na jego mocy każdy kraj regionu jest zobowiązany do przetrzymywania 50% rezerw walutowych na rachunku operacyjnym, kontrolowanym przez francuski skarb państwa. Można się zastanawiać, po co państwa Afryki Zachodniej podpisały tak niekorzystny układ. Okazuje się, że we wcześniejszych latach Francuzi nadzorowali 65% rezerw pieniężnych.
Warto w tym miejscu nadmienić, że kraje zrzeszone w ECOWAS od lat próbują przeforsować własną wspólną walutę eco, która miałaby zastąpić w rozliczeniach francuskiego franka. Tak, tego samego, który w Europie został wymieniony na euro, ale w Afryce jest ciągle gwarantowany przez francuski bank centralny i służy jako pieniądz rezerwowy do rozliczeń wewnętrznych. Z małym wszakże minusem, nie może by częścią międzynarodowego rynku walutowego. Niestety, wszelkie wysiłki na rzecz eco, kończyły się do tej pory fiaskiem.
W przypadku Afryki mamy więc niezwykle jasną sytuację. Oczywiście mówienie o całym kontynencie jest sporym uproszczeniem, gdyż jest on bardzo mocno zróżnicowany, ale w obszarach które poruszam można wskazać wspólny mianownik.
Przede wszystkim afrykańskie kraje mają wysoki wskaźnik przyrostu naturalnego, daleko wyższy niż możliwości ekonomiczne poszczególnych krajów. Narody Afryki są młode, co mogłoby być przewagą, gdyby nie fakt, że nawet na Czarnym Lądzie kurczą się łatwo dostępne miejsca pracy.
Z drugiej strony kraje afrykańskie są biedne – choćby z powodów opisanych powyżej, ale też z powodu znacznego poziomu korupcji czy marnotrawienia wspólnych środków. Oznacza, to że brakuje pieniędzy na finansowanie śmiałych wizji rozwojowych. Brak stabilnych narzędzi makroekonomicznych do budowy stabilnego środowiska gospodarczego.
Innym istotnym czynnikiem jest ciągłe rabunkowe eksploatowanie zasobów naturalnych kontynentu, któremu sprzyjają powiązania skorumpowanych władz oraz zachłannych zachodnich korporacji.
Najnowszą okolicznością destabilizującą są zmiany klimatyczne, które Afrykę doświadczają w największym stopniu: susze, powodzie oraz wzrost temperatur, uniemożliwiający prowadzenie działalności w ciągu większej części dnia.
Złożenie się wszystkich czterech elementów powoduje, że obywatele państw afrykańskich biorą sprawy we własne ręce i próbują przedostać się do Europy, w poszukiwaniu lepszego życia. Wzmożony napływ migrantów z Afryki jest na Starym Kontynencie odczuwalny. Do tego stopnia, że kraje europejskie - co rzadko się zdarza – mówią w tej sprawie niemal jednym głosem, opowiadając się za odcięciem od problemu za pomocą obozów dla emigrantów poza granicami Unii.
Wysokie mury na granicach, rozległe obozy dla emigrantów, dalsza rabunkowa eksploatacja czy nadzorowanie finansów państw przy jednoczesnym wsparciu dla akcji charytatywnych, mogą uspokoić nasze sumienia, ale nie zmienią obrazu Afryki na lepsze. Tylko odważne zmierzenie się z problemem, odblokowanie potencjału kontynentu i oddanie go we władanie mieszkańcom - a nie międzynarodowym korporacjom – da niezbędny impuls stabilizacyjny. Jeśli zostawimy sprawy swojemu biegowi, kolejne fale migracyjne będą tylko większe i silniejsze.
Komentarze
Prześlij komentarz