Permanentny kryzys krajów rozwijających się

Ostatni kryzys w Turcji, który mocno bije w naszą walutę, a także desperackie próby argentyńskiego banku centralnego, aby ochronić rodzimą gospodarkę, pokazują dobitnie jak łatwo w dzisiejszym świecie taniego globalnego pieniądza zdestabilizować dowolny kraj rozwijający się.

Historia wzlotów i upadków kolejnych krajów, goniących największe potęgi gospodarcze, jest bogata. Jeszcze w latach 90. XX wieku kryzysy dotykały Rosji, Brazylii, Argentyny, Afryki Południowej czy Indonezji. W zasadzie lista państw - które co dekadę borykają się najpierw z napływem zagranicznych środków finansowych, który wywołuje gospodarczą euforię, by - po najdalej kilku latach - opuścić kraj z miliardowymi długami, zostawiając go na kroplówce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego – jest względnie stabilna. To duże otwarte na globalizację ekonomie, szukające szybkiej drogi do ligi krajów najbogatszych.

Tegoroczni kandydaci do bankructwa i ogłoszenia niewypłacalności, a więc: Turcji, Argentyny czy RPA, nie mają ze sobą - na pierwszy rzut oka - niczego wspólnego. Różnią się: strukturą gospodarczą, systemem politycznym, wielkością populacji. Na dodatek leżą na innych kontynentach.

Co więc je łączy? Ponadprzeciętne zainteresowanie kapitału spekulacyjnego.

Dla porównania – jak zauważają ekonomiści z Bank of International Settlements – od czasu feralnego roku 2008, poziom długu państw rozwijających się wzrósł o około 100%. Czy winne są rozrzutne systemy socjalne albo populistyczni politycy obiecujący gruszki na wierzbie? Niestety nie, bo wówczas rozwiązanie całej zagadki byłoby zbyt trywialne.

Co więc kryje się za obecną paniką? Genialna polityka banków centralnych krajów rozwiniętych, które dla ratowania własnych gospodarek – tak, tak w latach 2008-10 - zalały rynki falą taniego pieniądza. Niskie oprocentowanie w Europie czy Stanach Zjednoczonych zmusza inwestorów do bardziej agresywnego szukania okazji do pomnażania kapitału.

Przyczyną kryzysu w Turcji jest duże zadłużenie się lokalnych firm w dolarach, głównie za pośrednictwem obligacji korporacyjnych.

Mechanizm budowania kryzysu został doskonale opisany przez dziennikarkę Quartz’a, Gwynn Guilford. Warto podążyć za jej wywodem.

Kłopotem firm z rynków rozwijających się jest brak gotówki na rozwój. W sumie to nic oryginalnego w końcu są na dorobku, to skąd mają mieć gotówkę na kontach. Pożyczanie ich w rodzimej walucie w banku jest możliwe, ale kosztowne, poza tym bank centralny zazwyczaj stara się, aby w razie zwiększenia popytu na kredyty przykręcić kurek z pieniędzmi.

Pozostaje więc emisja obligacji korporacyjnych. Można to zrobić we własnym kraju, ale – znów ta sama śpiewka – trudno zebrać środki pieniężne od współobywateli, którzy są jeszcze mniej majętni.

Wyjściem z sytuacji jest zadłużenia się w walucie obcej, poprzez emisję wspomnianych już obligacji denominowanych w euro, dolarach albo jenach (a może też – czemu nie - we frankach). Oczywiście teraz nawet dziecko w Polsce wie, że jest to szalenie niebezpieczne, bo nie wolno zaciągać kredytów w walucie, której się nie zarabia, ale powiedzmy, że każdy musi popełnić własne błędy, żeby się ich dobrze nauczyć na przyszłość.

W krótkiej perspektywie zadłużanie się w obcej walucie jest ożywcze zarówno dla przedsiębiorstw, jak i dla całej krajowej gospodarki. I wszystko działa wspaniale do momentu, gdy odwraca się cykl inwestycyjny i pożyczkodawcy nie zwrócą się z prośbą o zwrot należności.

Wycofanie się zagranicznych inwestorów, a nawet zmniejszenie się strumienia nowych środków, wywołuje od razu tsunami, które topi całą lokalną gospodarkę. W momencie gdy pożyczkodawcy porzucają obligacje korporacyjne – żądając ich wykupienia - rośnie koszt obsługi długu, a także spada wartość lokalnej waluty.

Oba te czynniki wzajemnie się napędzają. Im więcej inwestorów chce spieniężyć swoje obligacje, tym więcej obcej waluty potrzebuje przedsiębiorstwo, aby zaspokoić te żądania. Cena waluty zaczyna więc rosnąć, co jest sygnałem dla pożyczkodawców, że w kraju dzieje się źle i trzeba go niezwłocznie opuścić. Jakimś wyjściem byłoby podwyższenie przez spółki odsetek od własnych obligacji, aby powstrzymać falę uciekających, ale inwestorzy zagraniczni są wyczuleni na gwałtownie rosnące oprocentowanie – oczywisty sygnał, że zbliża się bankructwo. Ponadto oznaczałoby to kolejną zwyżkę kosztów obsługi zadłużenia dla pożyczkobiorców.

Potem jest jeszcze ciekawiej. Zazwyczaj korporacje są w stanie oprzeć się krótkotrwałej akcji spieniężania obligacji. Niestety, gdy sytuacja się przedłuża, potrzebują coraz więcej pieniędzy na skupienie potrzebnych walut zagranicznych. Nieodzowne staje się w tym celu zapożyczenie we własnym kraju, we własnych bankach. Ponieważ jednak ciągle spada wartość rodzimej waluty, a także rozkręca się akcja kredytowa, do akcji wkracza bank centralny, który - chroniąc gospodarkę – podnosi stopy procentowe. To już jest gwóźdź do trumny najbardziej zadłużonych przedsiębiorstw. Tyle, że raz rozpętanej burzy nie da się łatwo zamknąć w słoiku. Gdy do gry włączają się instytucje o finezji i inercji płetwali błękitnych, nie ma mowy o szybkim zakończeniu się kryzysu. Poza tym nie może być przecież inaczej. Taniejąca waluta własna powoduje, że akcje przedsiębiorstw oraz nieruchomości są poniżej ich faktycznej wartości. Brak kredytów i zmniejszenie zamożności prowadzi do zmniejszenia aktywności biznesowej – mniej inwestycji, nowych podmiotów, miejsc pracy. W najlepszym razie mamy stagnację, w liczniejszych przypadkach długotrwałe załamania gospodarcze.

Jak twierdzi Michael Pettis, profesor finansów z Uniwersytetu Pekińskiego, fale inwestycyjne – wywołane przez tani pieniądz w krajach bogatych – mają niewiele wspólnego z prawdziwym potencjałem wzrostu krajów rozwiniętych, które akurat znalazły się na celowniku globalnego kapitału. Otwarty system finansowy – częsty postulat globalizującej się światowej ekonomii - sprzyja przypływowi zagranicznych inwestorów. Niestety nie chroni w żaden sposób przed ich odpływem. Tym niemniej kolejne kraje rozwijające się podejmują ryzyko – i nadal będą je podejmować (często po wielokroć się na tym parząc), gdyż aprecjacja własnej gospodarki – poprzez politykę wewnętrzną i szerokie reformy – jest uciążliwa i czasochłonna.
Naprawdę trudno się oprzeć ryzykownej okazji na szybkie wzbogacenie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook