Szkoleniami w Automatyzację

Postęp technologiczny – na przestrzeni dekad – wiązał się z przemianami społecznymi i ekonomicznymi. Automatyzacja (bo nie jest to zjawisko nowe) trwa od początku ewolucji przemysłowej. Nie, nie pomyliłem się: ewolucji, bo termin rewolucja jest zazwyczaj zarezerwowany dla zjawisk gwałtownych, a w przypadku wynalezienia, a potem zastosowania maszyny parowej na skalę przemysłową minęło kilka dziesięcioleci.

Wracając jednak do meritum, technologiczny progres powodował, że duża część zawodów czy wykonywanych czynności, odchodziła do lamusa, a na jej miejsce pojawiały się nowe: profesje, specjalizacje, a nawet działy gospodarki. Jednym zdaniem: postęp technologiczny stworzył dużo więcej miejsc pracy niż ich zlikwidował.

Światowe Forum Ekonomiczne (ŚFE) opublikowało 17 września raport, w którym przewiduje, że do 2025 roku maszyny będą wykonywały ponad połowę zadań w pracy. Obecnie jest to „tylko” 29%. Autorzy raportu twierdzą, że będzie to oznaczało przemieszczenie – w skali globalnej – około 75 milionów miejsc pracy. Jednak w tym samym czasie pojawi 133 miliony nowych zajęć, co oznacza, że w ciągu najbliższych kilku lat powstanie – tak naprawdę – blisko 60 milionów miejsc pracy więcej, niż jest obecnie.

Analizy ŚFE brzmią bardzo optymistycznie, szczególnie w porównaniu z raportem oksfordzkim z 2013 roku, który wieszczył utratę miejsc pracy i postulował zmianę polityki społecznej i gospodarczej, aby przygotować się na zjawisko masowego bezrobocia.

Według autorów raportu, w krótkim czasie – nazwijmy go dostosowawczym -  gospodarkę czekają perturbacje związane z likwidacją pewnych miejsc pracy w sektorach, które będą podlegały wzmożonej automatyzacji. Jednak jednocześnie będą powstawały kolejne zajęcia, wymagające nowych kwalifikacji, które tracący obecne posady obejmą, po przekwalifikowaniu.

I właśnie słowem kluczem całego raportu jest owo „przekwalifikowanie”. Już podczas obrad w Davos pojawiały się różne obawy co do przyszłego kształtu rynku pracy. Był to zasadniczo główny temat szczytu gospodarczego. Wszyscy obawiali się masowego bezrobocia i napięć społecznych, które może ono wywołać. Nie jest to lęk bezpodstawny. Daleko idące konsekwencje braku szans na znalezienie płatnego zajęcia, byłoby – przy obecnym pojmowaniu efektywności - katastrofalne dla działania większości sektorów gospodarki, a także państw. Nawet „zbyt wielcy by upaść” mogliby się poczuć zagrożeni.

Wówczas na scenę „wkroczyło” magiczne przekwalifikowanie i forumowicze odetchnęli z ulgą, że tak, że to jest rozwiązanie i że teraz to już wszystko pójdzie jak po maśle, bo gdy pracownicy staną się nieprzydatni, to się ich wyśle na szkolenie i będą mogli znaleźć inne zajęcie, w innej firmie czy sektorze.

Zupełnie skromnym, można by rzecz niedocenianym, detalem w całej tej historii jest skala wymaganego przekwalifikowania. We wcześniejszym fragmencie podawałem – podpierając się raportem ŚFE - idące w miliony przemieszczenia się miejsc pracy. Jednak powiedzmy sobie szczerze, że w globalnej gospodarce owe miliony nie robią wrażenia. Za to pomysł, aby przeszkolić 54% wszystkich zatrudnionych, aby w procesie automatyzacji nie pozostali bezrobotnymi, to już jest konkret.

I tak naprawdę zadaję sobie pytanie czy autorzy raportu nie robią sobie z czytelników jaj?.

W ciągu pięciu lat trzeba byłoby przekwalifikować ponad połowę pracowników, aby nie stracili swoich miejsc pracy, i aby wygenerować kilkadziesiąt milionów nowych stanowisk.

Oczywiście taki wniosek raportu ŚFE to woda na młyn dla spółek doradczych typu McKinsey, PwC czy EY. Już teraz szykują się one do przejmowania procesów szkoleniowych w firmach produkcyjnych i usługowych, co ma poprawić efektywność procesów i zapewnić nowe umiejętności zatrudnionym. W tym miejscu zasadne jest postawienie pytania o jakość przekazywanej, przez firmy konsultingowej, wiedzy. Skąd - wspomniane wyżej spółki -  mają: know-how, specjalistów oraz pakiety edukacyjne oraz rozeznanie biznesowe, aby przeprowadzić przekwalifikowanie na tak dużą skalę?

Z drugiej strony, przy obecnym stanie systemu edukacyjnego, nie ma możliwości, aby przepuścić gigantyczny strumień ludzi przez szkoły specjalistyczne, zawodowe oraz uniwersytety. Podobnie jak firmom konsultingowym brakuje ekspertów w swoich dziedzinach, którzy mogliby poprowadzić procesy szkoleniowe. Trudno sobie wyobrazić, że jakikolwiek uniwersytet wyciąga naukowca od implementacji sztucznej inteligencji zarabiającego około 300 000 dolarów rocznie Z Doliny Krzemowej, aby zaproponować mu objęcie katedry za połowę powyższej kwoty (w najlepszym razie), żeby kształcił nowych specjalistów za swojego 1/5 wyjściowego wynagrodzenia. To jest po prostu nierealne.

Tak więc mimo całego entuzjazmu, że z powodu automatyzacji nie ucierpią żadne miejsca pracy, bo wystarczy tylko, aby zarówno obecnie działające spółki jak i ich pracownicy podeszli do kwestii edukacji zawodowej bardziej proaktywnie, szkolili się, przekwalifikowali i szukali nowych wyzwań, niewiele z tego planu wypali. Może firmy konsultingowe złapią kilka dużych kontraktów na doradztwo zawodowe, ale nie zmieni to obrazu świata.

Podobnie nie ma sensu apelować do władz, aby „stworzyły sprzyjające środowisko ułatwiające transformację siły roboczej” (cytat z raportu). Abstrahując od kuriozalności tego typu sformułowań (wątpię, żeby jakikolwiek rząd utrudniał dostęp do edukacji) , nie ma takich możliwości, aby kilkaset milionów ludzi w ciągu najbliższej pół dekady odeszło z pracy, aby się szkolić, żeby sprostać wyzwaniom rynku pracy przyszłości. Tego typu nawoływanie brzmi już teraz jak szukanie winnego porażki. My (przedsiębiorcy, firmy konsultingowe) chcieliśmy wam ludzie pomóc, ale zła władza nie przygotowała odpowiedniej infrastruktury, więc to z jej winy tkwicie teraz na bezrobociu z doświadczeniem zawodowym, które nie jest nikomu potrzebne.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook