Po co robić analizę powyborczą

Na koniec jeszcze jeden procent. Aż 60% białych Amerykanów z klasy pracującej, ale też 32% absolwentów uczelni wyższych uważa, że sprawy zaszły tak daleko, że kraj potrzebuje silnego lidera, który dla poprawy sytuacji mógłby nawet naginać zasady. Szach-mat!

]]>

Otrząśnięcie się po porażce wyborczej nie jest łatwe. To trudny, skomplikowany i długotrwały proces. Wymaga on, nie tylko rozliczenia się z własnych błędów i zaniechań, ale też przeanalizowania silnych stron przeciwnika politycznego, aby odkryć przyczyny jego zwycięstwa. Warto jednak poddać się dokładnej wiwisekcji, aby w kolejnych wyborach nie powielać tych samych pomyłek, z podobnym rezultatem.

Donald Trump wygrał wybory prezydenckie niemal dwa lata temu. Tymczasem Demokraci wciąż szukają przyczyn własnej przegranej i powodów, dla których wygrał kandydat Republikanów.

Mieliśmy już kilka teorii – czasem nawet bardzo sensacyjnych, które starały się wytłumaczyć jakim cudem Donald Trump objął fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Najbardziej wygodną – bo nie zakładającej własnej winy bezpośredniej - byłoby zakłócenie procesu wyborczego przez obce mocarstwo. Tylko, że w takim wypadku Ameryka jawiła by się jako bananowa republika, w której łatwo manipulować procesami demokratycznymi. Wątek rosyjski ma licznych zwolenników i jest uznawany za jeden z czynników mogących wpłynąć na proces elekcji Trumpa, ale raczej nie decydujący.

Duża część polityków upatruje sukcesu kandydata Republikanów, w doskonałej penetracji serwisów społecznościowych. Zniszczenie wiarygodności mediów, a następnie serwowanie tak zwanych fake-newsów, miało doprowadzić do dezorientacji wyborców, którym następnie podsunięto Trumpa, drogą zindywidualizowanych wiadomości, skrojonych pod potrzeby każdego z odbiorców. Diabolizowanie serwisów społecznościowych należy również uznać za szukanie przyczyn przegranej w procesach egzogenicznych, a więc będących poza kontrola analizującego. Czyli wygodne, ale nie przybliża do odniesienia sukcesu w przyszłości.

Oczywiście można też zakwestionować jakość własnego kandydata. Hillary Clinton – delikatnie rzecz ujmując – miała wiele dobrze rozpoznanych wad i bardzo mało zalet, jednak dostała istotne wsparcie od władz partii, co już samo z siebie skazywało innych kontrkandydatów na porażkę. Tymczasem dogłębna analiza badań sondażowych elektoratu, dałaby decydentom potężne oręże, aby postawić na innego pretendenta do Białego Domu. Zadziałał jednak efekt „oblężonej twierdzy” oraz „groupthinking”, co uniemożliwiło podjęcie bardziej optymalnej decyzji.

Dobrą metodą, aby zrozumieć przyczyny porażki - i zapobiec jej w przyszłości, jest zmierzenie się z odczuciami elektoratu. Oczywiście, tuż po przegranej – gdy się uznaje własną klęskę za niesprawiedliwość dziejową – łatwo zrzucić winę na głupi, niewdzięczny lud, który nie wie co wybiera, skoro oddał najwyższy urząd osobie, pokroju Donalda Trumpa.

Fakty są jednak takie, że niezmiernie trudno jest sprawować władzę, abstrahując jednocześnie od oczekiwań własnych obywateli. Często też można – nie mając bardziej sprecyzowanych pomysłów na rządzenie – wsłuchać się w potrzeby głosujących i postępować według jego podpowiedzi. Wiem, nie jest to zbyt powszechna praktyka, ale jak się spróbuje, można osiągnąć nadspodziewane efekty.

W celu zrozumienia wyborców, trzeba sięgnąć po badania ankietowe. W Stanach Zjednoczonych utarło się przekonanie, że wyborcami Republikanów, ale przede wszystkim Trumpa, są przedstawiciele zubożałej klasy średniej, biali mężczyźni i kobiety, którzy nie potrafią się odnaleźć w ciągle zmieniającej się rzeczywistości.

Tymczasem badanie ankietowe przeprowadzone przez PRRI (Public Religion Research Institute) oraz magazyn The Atlantic, przed i po wyborach prezydenckich, pozwoliło na zidentyfikowanie pięciu podstawowych czynników, które decydowały o wygranej Donalda Trumpa.

Pierwszym ważnym warunkiem głosowania na miliardera z Nowego Jorku, było deklarowanie poparcia dla Republikanów. Niby oczywistość, ale pokazuje konsolidację elektoratu (przypomnę, że najpoważniejsi politycy partii dystansowali się od własnego kandydata w wyborach).

Drugim, obawa o zmiany kulturowe, które powodują marginalizację białej klasy średniej. Głównie z powodu napływu imigrantów, którzy zabierają miejsca pracy, sieją niepokój, ale też nie szanują lokalnych zwyczajów.

Trzecim, wsparcie dla deportacji nielegalnych imigrantów. Biali wyborcy z klasy średniej, którym przeszkadza napływ i pobyt imigrantów w Stanach Zjednoczonych, chętnie podchwycili hasła Donalda Trumpa, że będzie on usuwał osoby niepożądane z kraju.

Czwarty czynnik odnosi się do tak zwanego fatalizmu ekonomicznego. Wyborcy Trumpa zgadzają się z opinią, że wyższe wykształcenie, z powodu rosnącego kosztu jego uzyskania, może się stać pułapką – w postaci kredytu studenckiego – i nie zagwarantować dobrego, wysokopłatnego miejsca pracy.

Piąty jest związany bezpośrednio z sytuacją finansową wyborców. I tu małe zaskoczenie. Jest to – jak wspominałem – piąty czynnik, który decydował o głosowaniu na Donalda Trumpa. Jednak w grupie białych przedstawicieli klasy robotniczej i średniej, większość osób, które uważały, że ich sytuacja ich gospodarstwa domowego jest zła, głosowała na ... Hillary Clinton.

Wniosek, który został wysnuty z raportu, jest zgoła kuriozalny. Okazuje się, że według badaczy nie można powiedzieć, że przyczyną porażki Demokratów w wyborach jest sytuacja ekonomiczna mieszkańców Stanów Zjednoczonych, bo biedniejsi przedstawiciele niższych klas głosowali chętniej na Clinton, niż Trumpa. Problemem jest więc integracja kulturowa i silna konsolidacja elektoratu Republikanów. Wow!

W mojej ocenie tylko pierwszy czynnik nie jest powiązany z sytuacją ekonomiczną respondentów. Pozostałem mają związek pośredni. Brak perspektyw na znalezienie dobrej pracy, mimo zadłużenia się kredytem studenckim, presja ekonomiczna ze strony przybyszów z szerokiego świata, lęk przed zmianami kulturowymi, można wyprowadzić bezpośrednio z leku o przyszłość i poczucia braku stabilności. A stabilizacja to praca na etacie, która pozwala utrzymać rodzinę i niesie lepsze perspektywy na przyszłość.

Dla poparcia tych tez z raportu można przytoczyć kolejne dane z sondaży.
65% białych Amerykanów twierdzi, że amerykański styl życia pogorszył się – w porównaniu z latami 50. XX wieku.
48% przedstawicieli klasy średniej uważa, że „sprawy się tak zmieniły, że czują się obco we własnym kraju”.
55% ogółu mieszkańców Stanów Zjednoczonych (ale aż 68% klasy pracującej) sądzi, że USA są zagrożone utratą swojej tożsamości.
Czy powyższa wyliczanka nie przypomina litanii zarzutów wobec państwa wysuwanych przez zwolenników Brexitu?

Na koniec jeszcze jeden procent. Aż 60% białych Amerykanów z klasy pracującej, ale też 32% absolwentów uczelni wyższych uważa, że sprawy zaszły tak daleko, że kraj potrzebuje silnego lidera, który dla poprawy sytuacji mógłby nawet naginać zasady. Szach-mat!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook