Radykalna reorganizacja gospodarki albo Brexit
Zamieszanie wokół Brexitu trwa w najlepsze. Coraz głośniej słychać głosy o konieczności powtórzenia referendum. Ewidentnie niechybna wizja katastrofy gospodarczej działa na wyobraźnię Brytyjczyków. Najnowsze sondaże społeczne podpowiadają, że przeciwnicy opuszczenia Unii Europejskiej zyskują solidną przewagę, a grono secesjonistów się kurczy.
Tymczasem jedną kwestią jest pozostanie we Wspólnocie, a zupełnie inną poprawa warunków życia na Wyspach. Przypomnę tylko, że Theresa May, w swoim inauguracyjnym wystąpieniu po nominacji na stanowisko szefowej rządu, celnie zauważyła, iż Brytyjczycy zagłosowali za opuszczeniem Unii, nie dlatego, że im się nie podoba, ale ponieważ była to okazja do pokazania swojego niezadowolenia z kierunków polityki społeczno-gospodarczej.
Krótko rzecz ujmując: wiele wskazuje, że obywatele Wielkiej Brytanii, po kryzysie 2008 roku, nie czują się komfortowo we własnym kraju. Nie mają poczucia, że sposób w jaki funkcjonuje państwo, i jego administracja, działa na ich korzyść. Nie mają wrażenia, że rozwój gospodarczy kraju, przedsiębiorstw w których pracują, wpływa bezpośrednio na ich własny dobrobyt. Przede wszystkim zaś mają poczucie, że politycy ich nie słuchają i nie robią nic, aby przywrócić poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego czy poprawić sposób działania opieki zdrowotnej czy systemu edukacyjnego.
Stąd właśnie – zdaniem premier Theresa’y May – miał się wziąć Brexit.
Okazuje się, że poprawne zanalizowanie nastrojów społecznych, a sprostanie woli wyborców, to dwie różne sprawy. Nawet tak potężna osoba, jak mieszkanka skromnego budynku przy Downing Street 10, nie ma mocy sprawczej by zmienić bieg wypadków. Tym bardziej, że – mam wrażenie – pozostała część klasy politycznej, postanowi postawić sobie za punkt honoru wypełnienie woli narodu – do opuszczenia szeregów Unii – co do joty.
Mamy więc za sobą dwa lata przepychanek pomiędzy urzędnikami brytyjskimi i europejskimi, mnóstwo niezamkniętych (a czasem nawet nieotwartych) kwestii, pohukiwania „czynników wyższych” z obu stron negocjacyjnego stołu i tykający zegar, który nieubłaganie pokazuje upływ czasu do katastrofy.
W odpowiedzi na okołobrexitowe przepychanki i obecny polityczno-gospodarczy dryf Wielkiej Brytanii pojawiła się ciekawa analiza sytuacji społeczno-ekonomicznej, autorstwa komisji sprawiedliwości gospodarczej przy Instytucie Badań Polityki Publicznej (Institute for Public Policy Research – IPPR). Warto w tym miejscu nadmienić, że komisja IPPR składa się z szacownego grona autorytetów ekonomicznych oraz przedstawicieli biznesu. Autorzy krytycznego opracowania uważają, że dla poprawy standardów życia milionów Brytyjczyków potrzebna jest radykalna reorganizacja gospodarki, na miarę rewolucji Margaret Thatcher, ale o przeciwnym kierunku.
Autorzy raportu wskazują, że ostatnie dziesięciolecia skupienia się na krótkoterminowej zyskowności, skromnego poziomu inwestycji i utrzymujących się niskich płac, doprowadziło kraj do pogorszenia warunków życia obywateli, spadku konkurencyjności gospodarki i nadmiernego uzależnienia rodzimej ekonomii od wahań koniunktury. Bez niezbędnych inwestycji w automatyzację i wprowadzania usług cyfrowych, nie da się wyprowadzić gospodarki Zjednoczonego Królestwa ze spirali, w którą się dostała.
Raport szczegółowo prezentuje obecny stan brytyjskiej ekonomii, wyraźnie akcentując: rosnące nierówności, stagnację płac, wzrost znaczenia obsługi długu hipotecznego w dochodach czy degradację infrastruktury. Jednak autorzy wychodzą daleko poza odmalowywanie realiów w ciemnych barwach. Najbardziej interesujące są propozycje:
- wprowadzenie państwowej strategii inwestycyjnej w przemyśle, która doprowadziłaby do zwiększenia funduszy do poziomu unijnego (3,5 PKB),
- natychmiastowe podniesienie stawek płac minimalnych, aby pracujący mieli zagwarantowane dochody na poziomie Living Wage, a więc minimalnych przychodów, gwarantujących zatrudnionym zaspokojenie podstawowych potrzeb,
- podniesienie wynagrodzeń osób „pracujących” na tak zwanych „kontraktach zero godzinowych” (najbardziej haniebnej formie zatrudnienia) do wysokości 1,2 obecnego poziomu Living Wage,
- zamiany w organizacji ciał zarządzających przedsiębiorstw, aby zapewnić reprezentację pracownikom, ale też interesariuszom,
- podniesienie podstawowej i minimalnej stawki podatkowej od osób prawnych (przedsiębiorstw), w celu rozwiązania problemu unikania opodatkowania (szczególnie przez korporacje międzynarodowe),
- opodatkowanie w tym samym stopniu dochodów z pracy oraz majątku, co oznacza de facto zniesienie oddzielnych podatków od zysków kapitałowych oraz dywidend, jak również zamianę jednorazowego podatku od spadku, na coroczny podatek od darowizn, nakładanym na beneficjentów,
- a także powstanie nowej „konstytucji gospodarczej”, która dawałaby więcej uprawnień władzom poszczególnych regionów, decentralizując procesy decyzyjne.
Sygnatariusze raportu, jak wspomniałem wyżej – osoby poważne i z autorytetem, promując publikację zwracają uwagę nie tylko na zły stan brytyjskiej gospodarki, ale przede wszystkim na rosnące nierówności, wynikające z niesprawiedliwego dzielenia owoców wzrostu gospodarczego. Prowadzi to ich zdaniem do podkopania poczucia wspólnotowości obywateli Zjednoczonego Królestwa oraz wiary we własny kraj.
Raport duży nacisk kładzie na wzrost zaangażowania pracowników przedsiębiorstw. Ten cel ma być osiągnięty właśnie przez zwiększenie ich reprezentacji w zarządach i radach nadzorczych. Wśród ekonomistów dominuje pogląd, że zaangażowany pracownik, interesujący się losem spółki w której pracuje, jest bardziej wydajny i innowacyjny. Tymczasem w biznesie cały czas pokutuje pogląd, że zasoby ludzkie są jedynie pozycją kosztową, którą należy ograniczać, w celu podniesienia efektywności.
Komentarze
Prześlij komentarz