Facebook: bolesny upadek mitu
Być może pisanie w czasie przeszłym jest przesadą, ale jak zauważa Alexis Madrigal w The Atlantic: „Krzemowa Dolina była klejnotem koronnym amerykańskiej gospodarki”. Niespotykane możliwości, szybkie finansowanie pomysłów, łatwość nawiązywania kontaktów biznesowych oraz tworzenia rozwiązań, które rewolucjonizują kolejne gałęzie rynku. Spółki powstające w Dolinie były rzutkie, ambitne i głodne sukcesu. Zaś ich właściciele z miejsca stawali się ikonami.
Teraz coś się popsuło. Okazało się, że młode i kreatywne organizacje nie różnią się znacząco od starych amerykańskich korporacji. A ich pomysłowość obejmuje nie tylko produkty i usługi, ale też sposób rozliczania się z fiskusem, a także obstrukcja we wspieraniu lokalnych inicjatyw.
W prasie pojawiają się artykuły o molestowaniu seksualnym w Google’u i Uberze. Szef Facebooka musiał odpierać zarzuty senatorów w sprawie skandalu Cambridge Analytica oraz 200 milionów fałszywych kont w serwisie. Na dodatek we wrześniu wyszło na jaw, że dane blisko 50 milionów użytkowników platformy mogły trafić w niepowołane ręce, z powodu błędu w systemie. Z kolei ogłoszenie lokalizacji nowych siedzib głównych Amazona spotkało się z protestami i stawianiem pytań: dlaczego mamy subsydiować spółki technologiczne?
Wersal się skończył.
Dobitnym tego znakiem jest ostatnia publikacja The New York Timesa, oparta na świadectwach pracowników Facebooka, dotycząca braku reakcji władz spółki na znane – ale lekceważone - zagrożenia dla działania serwisu i bezpieczeństwa danych użytkowników.
Z artykułu NYT można się dowiedzieć, że szefostwo Facebooka - zamiast skupić się na wadach własnej aplikacji i zająć się ich poprawianiem – wynajęło lobbystów, aby uciszyć złe nastroje wokół firmy. Jednak zrobiło to na swój sposób, z przytupem. W zależności od kierunku, z którego przypuszczano atak na spółkę, przeciwnicy byli określani jako stronnicy George’a Sorosa albo antysemici. Można by powiedzieć, że tonący brzydko się chwyta...
Ostrze krytyki jest wymierzone w dwie osoby, założyciela i właściciela spółki, Marka Zuckerberga oraz jego prawą rękę, szefową ds. operacji - Sheryl Sandberg.
Podczas przesłuchań przed komisją senacką Mark Zuckerberg wielokrotnie musiał odpowiadać na pytania, co zawiodło w jego firmie, gdzie leżał błąd i kto jest za niego odpowiedzialny. Można mieć wiele zastrzeżeń do prezesa Facebooka, ale jako menedżer zachowuje się bez zarzutu. Cytując jego słowa: „Myślę, że to duży problem, ale zaprojektowałem platformę, więc jeśli ktoś powinien być zwolniony, to powinienem być to ja”.
Jest tylko jeden kłopot. Posiadając 60% udziałów w spółce, Mark jest nie do ruszenia, choć jego ustąpienia życzyliby sobie pozostali akcjonariusze.
Jednak ton artykułu w NYT oraz komentarze w innych amerykańskich mediach nie pozostawiają złudzeń. Za dwa lata bałaganu w Facebooku ktoś powinien odpowiedzieć głową. Skoro nie da się ruszyć prezesa, można mu uciąć rękę, czyli zwolnić Sheryl Sandberg.
Sheryl, podobnie jak Mark, jest oskarżana, że nie doceniła wagi problemów, przed którymi stanęła spółka. Pojawia się podejrzenie o aktywne(!) ignorowanie ostrzeżeń o nadciągających problemach. Wskazuje się na niskie zaangażowanie obojga po pojawieniu się pierwszych podejrzeń o ingerencji Rosji w kampanię prezydencką, wykorzystując Facebooka. Źródła NYT dowodzą, że zarówno Sandberg, jak i Zuckerberg, byli bardziej zajęci własnymi projektami politycznymi, niż zarządzaniem firmą. Rzeczywiście można wypominać prezesowi, że po wybraniu Trumpa, odbył on swojego rodzaju tournée po Stanach Zjednoczonych, uznane przez komentatorów za jego zgłoszenie się do kolejnej kampanii prezydenckiej.
Podobno decyzją Sandberg było ukrywanie przed republikańską większością we władzach, prawdziwych informacji z wewnętrznego śledztwa, na temat wielkości wpływu Rosjan na proces kształtowania opinii publicznej przez Facebooka. Firmowe plotki mówią, że Sheryl kończą się już „zderzaki”, a więc osoby, które zatrudniła, aby pomagały jej w realnym zarządzaniu spółką. W zasadzie pozostała już tylko ona, a skoro nie można – jak już wspomniałem – odwołać Zuckerberga...
Utrącenie Sandberg byłoby nie lada wyczynem. Jej gwiazda zabłysła w 2013 roku wraz z publikacją książki „Lean in”. Opisywała w niej własne doświadczenia biznesowe i dawała rady, pozostałym kobietom, co należy robić, aby osiągnąć sukces i piąć się po szczebla korporacyjnej drabiny. Zachęcała panie do wspierania się, nie tylko wewnątrz organizacji, ale pomiędzy nimi, tworząc grupy, które mogłyby aktywnie upominać się o prawa kobiet, równouprawnienie i równe płace. Publikacja książki podzieliła ruch feministyczny w Ameryce, część kobiet uznała Sandberg za objawienie.
Bycie sławną i skuteczną budzi podziw, ale też zawiść. Wraz z kłopotami Facebooka, pojawiły się plotki, że Sandberg nie jest wcale wyjątkową menedżerką, a jej sposób zarządzania nie różni się od prezentowanego przez mężczyzn (mimo, że sama Sheryl nigdy nie promowała nowej jakości w rządzeniu firmą, ani nie siliła się na promowanie kobiecego stylu). Jednak jak już wylewać na kogoś pomyje, to z gestem, więc teraz możemy przeczytać w prasie pełne żalu wypowiedzi zawiedzionych wyznawczyń kultu Sandberg.
Problem amerykańskich korporacji jest bardziej skomplikowany, niż by się wydawało domorosłym naprawiaczom. Można wyrzucić Sandberg, spróbować odebrać fotel prezesa Zuckerbergowi, ale to są zabiegi kosmetyczne. Mogę się założyć, że inni menedżerowie - Wiśniewska, z Malinowskim, albo Smith z Walkerem - podjęliby bardzo zbliżone decyzje, do tych które są udziałem obecnych władz Facebooka. To nie zarządzający są winni zaistniałej sytuacji, a przynajmniej nie w całości.
W którymś momencie historii gospodarczej Stanów Zjednoczonych władza sama – albo za skuteczną namową lobbystów – postanowiła, że nie będzie kontrolowała rozwoju korporacji. Nie będzie ich nadzorować, ani dzielić gdy osiągną status oligopolu czy monopolu. Zdecydowano się na pozostawienie rynku samego sobie bez regulacji. Teraz my wszyscy zbieramy - bo spółki technologiczne nie są tylko problemem Ameryki - żniwo zaniechań.
Niepokoi nas niekontrolowany napływ fakenewsów, które królują skoro zanika rzetelna wolna prasa, a rynek mediów się kurczy i monopolizuje. To dopiero początek kłopotów. Tak jak nie kontrolujemy rozwoju mass-mediów, nie mamy wpływu na toczące się badania nad sztuczną inteligencją czy postępy w genetyce. Firmy zostały pozostawione same sobie i tworzą własne regulacje, które nie muszą obejmować szerszego kontekstu, a więc działania dla dobra całej społeczności.
Amerykanie pokochali internet - i spółki, które na nim wyrosły - miłością ślepą i pełną uwielbienia. Nowe technologie miały uosabiać nowe, lepsze czasy. Oderwanie od przyziemności i przejście w prostszą, bardziej elegancką i egalitarną przyszłość. Spółki technologiczne szybko stały się monopolistami w swoich branżach, a ikoniczni właściciele miliarderami.
Niestety, rzeczywistość nie miała szans na sprostanie mitowi.
Komentarze
Prześlij komentarz