Automatyzacja po cichu

Masowa automatyzacja miejsc pracy nie będzie procesem gwałtownym. Nie ma co się spodziewać katastroficznych wizji: do końca jednego miesiąca pracownicy będą mieli stanowiska pracy, a od początku następnego stracą etaty. Powinniśmy się raczej spodziewać płynnego przechodzenia ze stanu: potrzebujemy ludzi do obsługiwania codziennego działania organizacji, do sytuacji: zadania mogą przejąć automaty, maszyny, algorytmy.

Co ciekawe, z jednej strony spółki łożą niemałe środki na automatyzowanie procesów, a z drugiej starają się tym nie chwalić. Przed inwestorami to oczywiste: po co finansować dalszy rozwój firmy, skoro wszystko idzie dobrze. Lepiej przeznaczyć pieniądze na podwyższenie dywidendy. Z kolei chełpienie się przed opinią publiczną, że likwiduje się kolejne stanowiska pracy, ryzykując pikiety przed bramą, brzmi mało rozsądnie.

Do ilustracji przebiegu procesu automatyzacji najlepiej posłużyć się przykładem Amazona. Wydawało się, że przełomem dla działalności spółki będzie zakupienie w 2012 roku producenta robotów magazynowych, Kiva Systems. Jednak na wdrożenie systemu trzeba było zaczekać całe dwa lata, a kolejne dwa, aby zobaczyć jak dużą robią różnicę – w porównaniu z pracą ludzi.

W 2016 roku prasę obiegły sensacyjne brzmiące informacje, że automat magazynowy potrafi zebrać zamówienie w ciągu kwadransa, podczas gdy jego białkowemu odpowiednikowi zajmuje to ponad godzinę. Tego typu wiadomości pobudzały wyobraźnię futurystów, którzy już wietrzyli upadek pracy ludzi. Co bardziej niecierpliwi już włączyli zegary apokalipsy.

Tymczasem zagłada nie nadchodzi, a przynajmniej nie w spektakularny sposób. Sam Amazon chwali się, że w trakcie automatyzowania magazynów i sortowni, podwyższał ilość „pełnowartościowych” miejsc pracy. Pomińmy w tym miejscu milczeniem znacznie słowa – pełnowartościowy, gdyż wielu krytyków korporacji uważa miejsca pracy w Amazonie za odpowiednik McJobs z lat 90-tych (czyli takich za które nie można się utrzymać), a skupmy się na liczbach.

300 000 nowych etatów w ciągu ostatnich 6ciu lat to jest niepodważalny konkret. Szkoda, że chwaląc się nimi spółka zapomina dodać, że większość z nich wynika z rozbudowy światowej siatki magazynów, a nie z tworzenia nowych stanowisk.

Nowe centra potrzebują ludzi ... i robotów. Tam gdzie to bardziej opłacalne dla korporacji zatrudnia się głównie ludzi. W lokalizacjach, w których poziom płac minimalnych jest wyższy – roboty. W sumie na każdych trzech zatrudnionych na stałe przypada obecnie jedna maszyna.

Decyzja władz spółki – po protestach pracowniczych – o podniesieniu stawki minimalnej w Stanach Zjednoczonych do 15 dolarów za godzinę prawdopodobnie zmieni układ sił. Z pozoru może się wydawać, że wygrali ludzie, bo zmusili korporację do ustąpienia w kwestach finansowych. Jednak gorący okres przedświąteczny – dla przypomnienia dla Amerykanów zaczyna się on od Świąt Dziękczynienia – pokazuje delikatną zmianę strategii spółki wobec pracowników tymczasowych, zatrudnianych przy większym, sezonowym obciążeniu pracą.

Do tej pory Amazon – rok do roku – zwiększał zapotrzebowane na pracowników czasowych. Jeszcze 6 lat temu, zatrudniono ich blisko 50 000. W 2016 i 2017 roku osiągnięto szczyt – 120 000. Obecnie podpisano „tylko” 100 000 umów tymczasowych. Może się to wydawać nieznacznym uszczerbkiem, ale zwracam uwagę, że Amazon co roku zwiększa skalę swojej działalności podgryzając mniej internetowych konkurentów. Tak więc jego popyt na miejsca pracy etatowej i tymczasowej powinien wzrastać.

Skoro spółka decyduje się na niższe zatrudnienie, a planuje dalszą ekspansję – oznacza to, że musi wycisnąć z ludzi więcej pracy (skoro płaci im więcej) albo w pełni wykorzystać potencjał automatów. Bardzo możliwe, że obecny okres przedświąteczny jest pierwszym sygnałem, że w pewnych obszarach ludzie nie są już niezastąpieni.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook