Elastyczność, która buduje prekariat
Tworzenie warunków, aby powstawały nowe miejsca pracy, jest oczkiem w głowie każdego polityka niezależnie od szerokości geograficznej. Władze podejmują wysiłki, tworzą ułatwienia, wspierają inwestorów gotowych zwiększyć pulę stanowisk, obniżają podatki dla przedsiębiorstw, poprawiają elastyczność rynku pracy. O wzroście zatrudnienia mówią wszyscy przywódcy krajów rozwiniętych, rozwijających się oraz tych ubogich. Walka z bezrobociem, o pełne zatrudnienie, jest często głównym celem programów gospodarczych rządzących.
Zejdźmy teraz na ziemię i zobaczmy - na przykładzie Wielkiej Brytanii - na co się przekładają wspomniane powyżej starania i gorączkowe legislacje.
Po Wielkiej Recesji - i gwałtownym wzroście bezrobocia – brytyjskie władze zdecydowały się na daleko idącą elastyczność rynku pracy, aby iść na rękę przedsiębiorcom, zachęcając ich tym samym do kreowania nowych stanowisk. Efekt z pewnością przerósł oczekiwania ustawodawców oraz polityków. Ostatnie badanie, przeprowadzone na zlecenie TUC – największej brytyjskiej centrali związkowej, wykazało, że w okresie po recesyjnym na 40 utworzonych miejsc pracy tylko jedno było pełnym etatem.
Jednocześnie w Zjednoczonym Królestwie – mimo kłopotów okołobrexitowych - odnotowano rekordowy poziom zatrudnienia. Według najnowszych danych pracę ma ponad 32 miliony Brytyjczyków. Tylko, że aż 5,5 miliona z nich otrzymuje wynagrodzenia poniżej poziomu wystarczającego do przeżycia. Powyższe statystyki zatrudnienia nie obejmują osób, które muszą łączyć kilka stanowisk, aby związać koniec z końcem.
Próbę opisu skali zjawiska podjęli Andrew Smith z Uniwersytetu Bradford i Jo McBride z Durham University. W tym celu przeprowadzili wywiady z nisko opłacanymi pracownikami z północno-wschodniej Anglii. Objęci badaniami prezentowali szerokie spektrum zatrudnionych. Ankietowani byli w wieku produkcyjnym (od nastolatków, po osoby przed emeryturą) o zróżnicowanym poziomie wykształcenia (od podstawowego, po wyższe). Większość z nich pracowała w usługach, zarówno w firmach prywatnych jak i sektorze publicznym, w różnych formach zatrudnienia: na pełnym etacie, w niepełnym wymiarze, na czas określony, na kontraktach, przez agencje pośredniczące, dorywczo i na umowach zero-godzinowych.
Mimo rosnącej ilości stanowisk pracy, wśród brytyjskich pracowników można zaobserwować: zwiększenie niepewności zatrudnienia, poczucia niestabilności i lęk o przyszłość. Ponieważ, wydaje się, że przyczyny rozmijają się ze skutkami, warto przyjrzeć się z bliska mechanizmowi tworzenia nowych miejsc pracy, a w zasadzie – prekariatu.
Przedsiębiorcom najbardziej opłaca się zatrudniać na kontrakty zero-godzinowe. Czyli pracownik jest formalnie związany umową, jednak to pracodawca decyduje, czy i ile czasu przepracuje on w ciągu tygodnia. Nie ma żadnych minimalnych gwarancji czasu pracy. Brak wypracowanych godzin oznacza brak wypłaty.
Jednocześnie „zatrudniony” nie może zerwać umowy, gdyż nie będzie mógł ubiegać się wówczas o świadczenia przynależne bezrobotnym. Musi też być dyspozycyjny w stosunku do macierzystej firmy. W momencie gdy pracodawca nie zleca żadnych zadań, „zatrudnieni” szukają pracy dorywczej, aby mieć za co żyć. Ponieważ mówimy tu o pracach nisko płatnych oczywistym jest, że są oni zmuszeni do brania kilku zajęć jednocześnie.
Prowadzący wywiady akademicy zakładali, że pracownicy – z racji niskich zarobków – będą aktywni na dwóch, trzech posadach. Rzeczywistość okazała się bardziej pesymistyczna. Ankietowani zgłaszali pięć, sześć, a nawet siedem stanowisk, które wypełniają im całe dnie pracy od świtu do zmierzchu, nie wspominając o zarwanych weekendach.
Zawsze można skrytykować zaharowanych prekariuszy, że sami wybrali sobie taki los i powinni poszukać lepiej płatnych zajęć, lub douczyć się, przekwalifikować i zmienić zawód. Niestety większość z ankietowanych nie ma wyboru. Były to jedyne dostępne miejsca pracy.
Pracodawcy obchodzą konieczność wypłacania minimalnych czy godziwych wynagrodzeń (tak należałoby przetłumaczyć angielskie „living wage”). Doskonale ułatwiają to kontrakty zero-godzinowe oraz zatrudnianie w niepełnym wymiarze czasu lub przez agencję pracy.
Akademicy zwrócili uwagę, że obecnie obowiązujące poziomy wynagrodzeń: minimalne – 7,38 funta za godzinę czy godziwe – 9 funtów/godz. wydają się wystarczające do przeżycia. Jednak warunkiem tegoż jest przepracowanie ilości godzin odpowiadającym etatowi. W przypadku kontraktów zero-godzinowych, czy umów zleceń, nie ma gwarancji na wypracowanie odpowiedniej ilości godzin, aby się utrzymać. Co więcej, każde kolejne – ustawowe – podnoszenie poziomów płac powoduje, że kolejna grupa pracowników traci możliwość zarobkowania.
Widzimy, jak na dłoni, proces prekaryzacji. Mimo statystycznie rosnącego zatrudnienia, nie przybywa pełnych etatów, ani stanowisk wysokopłatnych. Gospodarkę zalewa za to fala nisko płatnych zajęć. Co ciekawe, kolejne posunięcia władz – mające na celu poprawić los najbiedniejszych pracowników – raczej przysparzają im tylko kłopotów ze znalezieniem odpowiedniej posady. Skuteczna regulacja płac to tylko jedna strona medalu. Drugiej – a więc normalizacji czasu pracy, w szczególności minimalnej, gwarantowanej ilość godzin – w brytyjskim przypadku brak.
Znalezienie pracy było niegdyś przesłanką do poprawy warunków życia. Teraz sytuacja jest bardziej skomplikowana. Dzięki daleko idącej elastyczności rynku pracy i odkryciu alternatywnych form zatrudnienia – posada czy kontrakt nie gwarantują już utrzymania czy godnego życia. Nie mówiąc o zakładaniu rodziny czy brania długoterminowych zobowiązań. Okazuje się, że nie każda praca popłaca. Ślepa pogoń rządzących za likwidacją bezrobocia czy pełnym zatrudnieniem może stać się prawdziwą katastrofą. Wyborcy potrzebują zatrudnienia, ale nie za wszelką cenę.
Komentarze
Prześlij komentarz