Brexit: hipokryzja elit

Nadciagający Brexit zmienia sytuację polityczną i gospodarczą Wielkiej Brytanii. Im dalej od referendum, a bliżej daty wyjścia ze Wspólnoty, coraz więcej przedsiębiorstw stara się zaplanować niespokojną przyszłość. Również liderzy ruchów separatystycznych mają mniej tęgie miny, a ich działania można posumować jednym słowem: hipokryzja.

Niektórzy, jak brytyjskie oddziały dużych międzynarodowych korporacji Sony czy Panasonic, uciekają w panice. Oczywiście opinii publicznej jest to przedstawiane jako: strategiczna alokacja zasobów, czy z góry zaplanowane działanie biznesowe, mające na celu zapewnienie Wyspiarzom jeszcze lepszej obsługi i profesjonalnego wsparcia dla oferowanych produktów i usług. Prozaicznie chodzi o zmienię siedziby europejskich przedstawicielstw. Wybór zazwyczaj pada na Amsterdam lub Rotterdam. Porzucenie gościnnego – do  tej pory – Londynu, kwitowane jest zazwyczaj skromnie: obawami przed nadciągającą katastrofą.

Duża część rdzennych, angielskich spółek, ma nadzieje, że uda im się zgromadzić wystarczającą ilość zapasów, aby zabezpieczyć popyt konsumentów. Nawet gdyby wyjście z Unii miało oznaczać totalną anarchię, Brytyjczycy mogą być pewni, że będą mogli kupić telefon w Carphone Warehose, zamówić części zamienne do swojego Bentleya czy nabyć jedzenie dla czworonożnych pupili w Pets at Home. Jeśli wierzyć angielskiej prasie, ci ostatni przedstawili sprawę niezwykle jasno: „Nie chcemy, aby rodzinom zabrakło pożywienia dla ich zwierząt domowych”.

Zdaniem Jonathana Freelanda, publicysty The Guardian, to mogłoby być dobre hasło na kolejną kampanię referendalną. Zresztą scenariusz, realizowany przez niektóre przedsiębiorstwa czy osoby publiczne, wygląda jak tania imitacja skeczy Monty Pythona.

Sieć promów P&O, obsługujących połączenia Wielkiej Brytanii z Europą, już zaplanowała zmianę bandery swojej floty z brytyjskiej na cypryjską.
Również architekci wyjścia z Unii, podejmują kroki rodem z pythonowskiego ministerstwa. Nigel Farage, były przywódca partii Niepodległościowej, załatwił swoim dzieciom niemieckie obywatelstwo, zaś jego imiennik - Nigel Lawson, swojego czasu lider ruchu Leave Means Leave, czeka na południu Francji, na przyznanie statusu rezydenta.

Podobnie ma się historia z Jamsesm Dysonem, wybitnym brytyjskim wynalazcą, właścicielem wielomiliardowej spółki – Dyson Limited, prywatnie zwolennikiem Brexitu.

Historia Dysona była zawsze wsparciem dla kolejnych ekip rządzących w Zjednoczonym Królestwie. Zdolny chłopak, który doszedł do wszystkiego własną, ciężką pracą. Wzór do naśladowania. Urzeczywistnienie mitu „od pucybuta (tu bym nie przesadzał) do miliardera”. Na dodatek gdy już zaprojektował pierwszy odkurzacz wykorzystujący separację cykloniczną, a potem suszarkę do rąk AirBlade, nie wyniósł produkcji do Chin, tylko założył własne przedsiębiorstwo w Wiltshire.

Nagle okazuje się, że narodowy mit ma zamiar zabezpieczyć swoją przyszłość i przenieść się do Singapuru. Na razie tylko pan Dyson i prezes spółki, Jim Rowan, reszta zostaje w Anglii. I żeby było jasne, to wszystko nie ma „nic wspólnego z Brexitem”.

Nowe przedsiębiorstwo Dysona będzie „globalną firmą technologiczną”. Z 17% podatkiem od dochodów, ale to na marginesie. Na dodatek, dzięki podpisaniu umowy handlowej Singapur – Unia Europejska, produkty Daysona łatwiej zawojują wspólnotowy rynek, niż w przypadku „twardej” umowy brexitowej.

Biznes is biznes. Sentymenty zostają w innej parze spodni.

Brytyjskie elity, którym nie brak majątku, kontaktów, a nade wszystko tupetu, głośno zachęcały rodaków do głosowania za wyjściem z Unii. Miała być niepodległość, wolność do samostanowienia i  gospodarcza niezależności. Wyszło jak zawsze.

Teraz gdy mleko się rozlało, a rodacy głosujący przeciwko Unii zostali z przysłowiową ręką w przysłowiowym naczyniu, hipokryzja elit wydaje się przytłaczająca. Przed referendum mieliśmy prężenie muskułów i buńczuczne zapowiedzi powrotu do świetlistych czasów imperium, nad którym nie słońce nie zachodzi. Dziś brexitowi wojownicy podkulili ogony i uciekają z kraju. Malutcy wypiją wspólne nawarzone piwo.

Oszukańcza kampania separatystów zagrała na poczuciu niezależności milionów Brytyjczyków. Tymczasem zamiast zastanawiać się, na które procedury służby zdrowia przekazać składkę do Brukseli, powinni okleić autobusy hasłem „It’s Brexit that’s the killer...” cytując prezesa Bentleya, martwiącego się o rentowność spółki i lokalne miejsca pracy.

Można mieć pretensje do zwolenników pozostania we Wspólnocie, że nie przycisnęli bardziej, nie odmalowali Brexitu jako katastrofy totalnej i ostatecznej. W tym będzie ich musiała wyręczyć rzeczywistość. Problem w tym, że straszenie i negowanie słów drugiej strony, nigdy nie jest dobrą metodą na zwycięstwo polityczne.

Brytyjskie głosowanie na wyjściem ze Wspólnoty powinno być przeanalizowane jeszcze pod jednym kątem, bo może się powtórzyć wszędzie, a wynik rywalizacji może być zaskakująco podobny.

Politycy nigdy nie mogą być pewni jak silne są narodowe sentymenty. Separatyści mieli pozytywną wizję życia po rozwodzie z Brukselą, odwołującą się do poczucia dumy z bycia niezależnym od reszty Europy obywatelem Zjednoczonego Królestwa. Druga strona mogła tylko zaklinać rzeczywistość i przytaczać odpowiednie statystyki, mówiące o korzyściach z bycia częścią Wspólnoty. Niestety, jako wyborcy jesteśmy tylko ludźmi i głosujemy sercem, a nie umysłem.

Dobrze sobie z tego zdać sprawę zanim zwoła się kolejne referendum.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Google buduje zespół doskonały

Gdy stracisz zaufanie, spodziewaj się ograniczeń

Kolonializm a'la Facebook